christian_behrsen_budynek_sejmu_slaskiego_not_20251216_111409

Ulica Piłsudskiego. Wrocław. Pędzę jak wszyscy, wzrok wbity w chodnik albo w telefon, albo w myśli o tym, co za chwilę, co jutro, co potem. Mijam witryny, samochody, tłum. I nagle – nie wiem czemu – podnoszę głowę. I zamieram wbity w chodnik jak oni…

Stoją tam dwaj mężczyźni. W jasnym piaskowcu, po obu stronach portalu. Atlanci. Dźwigają coś nad głowami – nie wiem jeszcze co, może niebo, może przeszłość, może cały ten cholerny świat. Stoję i patrzę. Ludzie mnie omijają. Pewnie myślą, że zwariowałem. Może mają trochę racji.

Budynek. Dziś siedziba NOT-u – Naczelnej Organizacji Technicznej. Brzmi nudno, prawda? Biura, korytarze, może automat z kawą. Ale te mury pamiętają coś innego. Sejm Śląski. Pruską potęgę. Lata 1893-1896, kiedy to wszystko powstawało. Francuskie złoto – reparacje wojenne po wygranej wojnie z Francją – przetopione na śląską cegłę i kamień. Dziwnie to brzmi, ale tak właśnie było. Czyjaś klęska stała się czyjąś chwałą.

Atlanci - Budynek NOT

Radca Eduard Blümner miał wizję. Monumentalną. I ją zrealizował.

Ale nie o murach chciałem. O nich. O tych dwóch. Patrzę im w twarze i widzę, że nie są braćmi. To znaczy – są, bo obaj z kamienia, obaj dźwigają, obaj trwają. Ale jeden jest stary. Ma bruzdy na twarzy, ciało potężne, ale zmęczone. Jakby niósł ten ciężar od zawsze. Jakby wiedział, że będzie niósł do końca świata. Przeszłość. Tak go sobie nazywam.

Atlanci - starzec

A po drugiej stronie – młodzieniec. Napięty, pełen witalności. Twarz gładka, jeszcze nie poraniona przez czas. Patrzy przed siebie, jakby widział coś, czego ja nie widzę. Teraźniejszość. Albo może Nadzieja. Nie wiem.

Atlanci - młodzieniec

Christian Behrens i Ernst Seger wykuli ich z piaskowca z okolic Bolesławca. Ponad sto lat temu. I od tamtej pory stoją. Rozmawiają ze sobą? Może. Taka cicha rozmowa między epokami, której nikt nie słyszy.

Staję pod latarnią. Mam czas. A właściwie nie mam, ale go sobie biorę. Czy wyglądam jak męska prostytutka? Chyba nie. Nie te czasy, ale w tamtych czasach nic nie było przypadkowe. Fasada budynku mówiła. Do każdego przechodnia, do każdego petenta, do każdego, kto miał powód tu wejść i prosić o coś albo czegoś żądać. Atlanci nie byli ozdobą. Byli manifestem. Byli jak ciężar świata. Ciężar odpowiedzialności. Ciężar władzy.

Wchodziłeś tu w 1896 roku i wiedziałeś: to miejsce powagi. Tu nie ma chaosu. Tu jest struktura. Ciągłość. Historia, która patrzy ci w oczy i pyta: a ty co zrobisz ze swoim kawałkiem czasu?

Lekcja pokory wykuta w kamieniu. Nie wiem, może przesadzam. Ale tak to czuję.
Minęły dekady. Upadło cesarstwo. Przyszły dwie wojny. Zmieniły się granice, ustroje, języki. Stukot dorożek zastąpił szum opon. W budynku nie zapadają już decyzje rangi państwowej. Może ktoś w środku właśnie pije kawę z automatu i przegląda maile.

Atlanci - starzec
MLodzieniec - figura z budynku NOTu.

A oni stoją.
Kamienne mięśnie wciąż napięte. Jakby za chwilę miało się coś wydarzyć. Jakby ten ciężar nad ich głowami mógł w każdej chwili spaść. Ale nie spada. Nie spadł przez sto lat. I chyba już nie spadnie.

Przetrwali wszystko. I będą trwać.
Odklejam się w końcu od latarni. Nogi trochę zdrętwiałe. Idę dalej ulicą Piłsudskiego, ale coś mi nie daje spokoju. Jakieś pytanie, które zawisło w powietrzu między mną a tymi dwoma z piaskowca. Bo oni mówią coś prostego. Tak prostego, że łatwo przeoczyć.
Że teraźniejszość zawsze opiera się na ramionach przeszłości. Że młody dźwiga razem ze starym. Że bez fundamentu nie ma gmachu. Że bez pamięci nie ma jutra.

Herb na budynku NOTu.

I że czasem – tylko czasem – warto zatrzymać się w pędzie, podnieść głowę i pozwolić, żeby kamień przemówił.

Wrocław ma wiele twarzy. Ta – wykuta w piaskowcu przy Piłsudskiego – jest jedną z cichszych. Ale może właśnie dlatego mówi najgłośniej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *