Terah Taali

Terah Taali - piekno w szczegółach

Zawsze mi mówili: „Patrz na artystę”. Na jego twarz, na to, jak przeżywa, jak zamyka oczy w ekstazie, jak krople potu spływają mu po skroni. Ale ja wolę patrzeć tam, gdzie jest ciemniej. Tam, gdzie dzieje się prawdziwa magia, której nikt nie oklaskuje, bo nikt jej nie zdąży zauważyć.

Wolę patrzeć na dłonie.

Są jak oddzielne byty. Jak małe, autonomiczne isstoty, które żyją własnym życiem, niezależnie od tego, co robi reszta ciała. Na tych zdjęciach, które robię w półmroku klubów, twarze są nieważne. Często ich nie ma. Są tylko one – ręce wynurzające się z cienia, zawieszone w próżni.

Czasem mam wrażenie, że aparat kłamie, albo po prostu nie nadąża za rzeczywistością. Widzę banjo albo gitarę, ale dłoni już nie. Zostaje tylko smuga. Duch palca. Rozmyta plama, dowód na to, że fizyka wymięka przy muzyce. To jest ten moment, kiedy ruch jest szybszy niż światło. Widać tylko pęd.

Kiedy indziej wszystko zamarza. I wtedy widać to piękno zaklęte w bólu i precyzji.

Spójrzcie na gryfy gitar. W świetle reflektorów lśnią zimno, jak wielkie, niebezpieczne sople lodu. A na nich palce. Czasem walą w struny jak taran. Widzisz to napięcie ścięgien, tę siłę, która mogłaby kruszyć kamienie, a tutaj służy do wyrywania dźwięku z metalu. To precyzja młota udarowego, walenie po wszystkich gamach bez litości, aż drewno zacznie jęczeć. A za chwilę, na tym samym gryfie – zmiana. Te same palce stają się nagle wiosennym wietrzykiem. Ledwo dotykają strun. Przesuwają się to tu, to tam, z taką czułością, jakby głaskały coś, co może się stłuc. Myślę wtedy: jak to możliwe, że ta sama ręka potrafi zabić ciszę hałasem i zaraz potem ją utulić?

A kontrabas? To są dopiero zapasy z potworem. Tam dłonie nie grają, one walczą. Wielkie, żylaste łapy obejmują gryf, jakby dusiły niedźwiedzia. Struny są grube jak liny okrętowe, wrzynają się w opuszki, ale dłoń nie puszcza. Na zdjęciu widać ten wysiłek – napiętą skórę, zbielałe kostki. To jest czysta fizyczna robota, cięższa niż noszenie węgla. A potem prawa ręka szarpie te liny i całe to drewniane pudło zaczyna drżeć, a obraz się rozmywa, bo bas wchodzi ci prosto w żebra.

Perkusja to w ogóle inny wymiar. Tam nie ma dłoni. Są tylko smugi. Pałeczki zamieniają się w półprzezroczyste wachlarze. Widać drzazgi sypiące się z drewna, widać ten moment tuż przed uderzeniem w talerz, kiedy czas zwalnia. To wygląda jak kontrolowana eksplozja. Dłonie perkusisty są wszędzie naraz, krzyżują się, uciekają. Czasem aparat złapie ten moment, kiedy pałeczka jest wygięta w łuk od pędu. To dowód na to, że powietrze stawia opór, ale muzyka ma to gdzieś.

Albo skrzypce. Tam dłonie wyglądają jak nerwowe pająki. Biegają po gryfie w jakimś szaleńczym amoku, palce są nienaturalnie powyginane. A druga ręka? Tnie powietrze smyczkiem jak szpadą. To jest ostre, szybkie, niebezpieczne. Na zdjęciach ten smyczek to często tylko biała kreska, cięcie przez ciemność kadru.

Jest też akordeon – wielkie, oddychające płuco. Ręce muszą tam robić dwie rzeczy naraz: siłować się z miechem i jednocześnie tańczyć na guzikach. Te guziki są małe jak landrynki, a palce trafiają w nie bez patrzenia. To wygląda jak pisanie na maszynie, tylko że tekst ulatuje w powietrze i znika.

I te dęciaki. Saksofon, klarnet, trąbka. Przy saksofonie palce skaczą po klapach jak po schodach, w górę i w dół, bez zadyszki. To skomplikowana maszyneria, złote rurki i dźwignie, a dłonie obsługują to z lekkością myśli. A trąbka? Tam dłoń zaciska się na metalu kurczowo, trzy palce pracują jak tłoki w silniku. Widać na zbliżeniach, jak ten metal się nagrzewa, jak dłoń staje się jednością z instrumentem.

Fascynuje mnie to, że te dłonie są zawsze trochę brudne od cienia. Niewyraźne. Ukryte. Jakby wstydziły się tego, że odwalają całą czarną robotę, podczas gdy twarz zbiera brawa.

Dlatego robię te zbliżenia. Żeby złapać ten ułamek sekundy, kiedy palec wskazujący napina się do granicy możliwości. Żeby pokazać ten „roboczy” brud muzyki. Bo mam wrażenie, że twarz muzyka może kłamać – uśmiechać się do publiczności, udawać luz. Ale ręce? Ręce nigdy nie kłamią. Są albo napięte do granic, albo rozluźnione w swingu. Tam, na dole, na gryfach, klawiaturach i naciągach bębnów, toczy się najszczersza rozmowa na świecie. I tylko czasem udaje się ją podejrzeć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *