Wchodzę do IASE i przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. To nie jest muzeum. To nie jest galeria. To jest coś, na co nie mam słowa.
Na progu wita mnie osobiście Gustaw Klimt. Stoi i spogląda na wchodzących. Przez ułamek sekundy chcę podać mu rękę. Dopiero potem dociera do mnie, że nie mrugnie, nie odezwie się, nie zaprosi do środka bo to woskowa figura. A jednak wygląda jakby zapraszał do swojego złotego sanktuarium.
Idę dalej. I zaczynam rozumieć, dlaczego Klimt jest wyjątkowy. Dlaczego wyróżnia się pośród innych artystów. Zwraca uwagę i zachwyca. Zapomnij o obrazkach z internetu. Zapomnij o reprodukcjach w albumach, o plakatach w ramkach, o tapetach na telefon. O jakimkolwiek elektronicznym medium na świecie. To wszystko to słaba namiastka rzeczywistości. Blask prawie razi, a złoto jest tak gęste, że aż kapiące. Rażące bogactwem tak intensywnym, że trzeba mrużyć oczy. Widzę spirale, ślimaki, hipnotyczne koła wirujące w zestawieniu z barwami tak żywymi, że bolą od nich oczy. I zęby. I aż zatyka w środku, coś czego nie potrafię nazwać. Ktoś napisał o „wizualnym narkotyku”. Nie przesadził. Obrazy w galerii są magnetyczne. Zawsze miałem słąbość do obrazów ale tam umarłem i narodziłem się ponownie jako inny człowiek. Oświecony. I to dosłownie.
A dalej jest jeszcze ciekawiej…
W głównej sali siadam, a właściwie zatapiam się w pufie i przestaję być sobą. Projekcja wylewa się w przestrzeń – nie na ekran, nie na ścianę, ale wszędzie. Złoto spływa ze ścian, załamuje się na krawędziach, zalewa podłogę pod moimi stopami. Mam wrażenie, że lewitują wewnątrz obrazu. Że obraz stał się cieknący i lepki. Że mogę go dotknąć, ale boje się, że zostawi ślad.
Ludzie w recenzjach piszą o „zawrotach głowy z zachwytu”. Nie ma w tym przesady. To imersja totalna – każdy ruch ręką wydaje się mącić złotą taflę. Nie oglądam Klimta. Jestem w Klimcie.
A potem dochodzi dźwięk. I to jest druga połowa sukcesu. Muzyka jest obłędna – potężna, gęsta, tak genialnie dobrana, że wyrywa z butów. To nie jest tło. To ścieżka dźwiękowa do własnego transu. Basowe uderzenia w połączeniu z wirującym złotem sprawiają, że zastanawiam się, czy to jeszcze wystawa, czy już podróż do innego wymiaru.
Siedzę. Nie wiem, ile czasu mija. Pięć minut? Pół godziny? Czas przestał działać. Jest tylko blask, barwa i dźwięk, które wnikają pod skórę. Muzyka Preisnera wznosi mnie do gwiazd.
A potem – okulary VR. I tu magia się kończy.
Niestety, tam gdzie kończy się blask, zaczynają się piksele. Okulary 3D to najsłabszy punkt tej podróży. Są zbyt pikselowe, zbyt ograniczone, zbyt proste. To smutna kopia tego, co widziałem w korytarzach i głównej sali – wersja retro-cyfrowa, która nie ma startu do potęgi projekcji. VR przypomina, że technologi jeszcze trochę brakuje do po.
Zdejmuję okulary i wracam do głównej przestrzeni. Jeszcze raz. Jeszcze chwilę. Chcę zabrać ze sobą to złoto, tę gęstość, ten trans. Chcę znowu być w obrazie i unosić się pośród gwiazd na muzyce Praisnara. Zabieram ją ze sobą. Teraz mogę… w telefonie.
Wychodzę na ulicę. Wrocław, śnieg, szarość. Tramwaje i ludzie z parasolami. Zwykły dzień.
Ale pod powiekami wciąż wirują spirale. Wciąż oczarowuje blaskiem. Wciąż słyszę ten bas, który ciśnie pod czaszką i pozostaje…. i wciąż brzmi.
Klimt umarł ponad sto lat temu. A jednak – w tym miejscu, w tej sali, w tej kapiącej złotej katedrze – jest bardziej żywy niż większość żywych. Bo stworzył coś, czego nie da się skopiować, nie da się odtworzyć, nie da się zamknąć w pikselach. Trzeba to poczuć na własnej skórze. Trzeba to wchłonąć i odpłynąć. Nałądować tym na full bateryjki bo inaczej się nie zrozumie.
I ja poczułem. I wiem, że wrócę.
Spotkania ze sztuką i historią:
Są wystawy, które się ogląda. I są takie, które się przeżywa. Ta należy do drugich. IASE zamieniło się w złote sanktuarium, gdzie Klimt przestaje być obrazem w ramie, a staje się przestrzenią, dźwiękiem, światłem. Nie wiem, czy to jeszcze sztuka, czy już magia. Może jedno i drugie. Może to jest ten moment, kiedy granica przestaje mieć znaczenie.