Terah Taali
Myślałem, że widziałem już szybkie ręce. Myślałem, że perkusista rockowy to szczyt ludzkiej koordynacji. Ale potem zobaczyłem je. Kobiety z plemienia Kamar. Tancerki z radżastańskiej pustyni.
Siedzą na ziemi. Wyglądają kolorowo, te ich suknie wirują nawet, gdy się nie ruszają, pełne cekinów, odbłyśników, haftów i cholera wie czego jeszcze. Ale to zmyłka. Bo to nie jest taniec o ładnych sukniach. To jest taniec o walce z własnym ciałem. I o metalu.
Mają przywiązane te mosiężne talerzyki – manjiras. Nie jeden, nie dwa. Trzynaście. Terah. Są wszędzie. Na nadgarstkach, na łokciach, przy pasie, a przede wszystkim na nogach. Wyglądają w nich trochę jak wojowniczki zakute w dziwną, dźwięczącą zbroję. Albo jak więźniarki własnego rytmu.
I wtedy się zaczyna.
To nie jest muzyka. To jest trans. Dziewczyna bierze w dłonie dwa kolejne talerzyki i zaczyna uderzać w te przywiązane do ciała.
Na początku próbujesz to śledzić. Myślisz: „Aha, teraz w ramię, teraz w udo, teraz w stopę”. Ale po chwili mózg ci się wyłącza. Dzieje się to samo, co z rękami perkusisty, tylko tutaj cała dziewczyna staje się rozmytą smugą. Jej ręce to jakieś szalone węże, które kąsają w trzynaście różnych miejsc na sekundę.
Dźwięk jest niesamowity. Ostry, metaliczny, wiercący w brzuchu. Jakby tysiąc monet spadło naraz na posadzkę, ale w idealnym porządku.
Patrzę na jej twarz. Widzę wyraziste usta jak do pocałunku, delikatny nos, policzki i oczy. I w tych oczach jest coś, co mnie przeraża i zachwyca. Spokój. Totalny, lodowaty spokój w środku cyklonu. Jej ręce latają jak opętane, uderzają z precyzją chirurga (gdyby chirurg używał młotka), a ona patrzy przed siebie, jakby siedziała na brzegu rzeki i liczyła chmury. Jakby to ciało, które właśnie generuje ten hałas, w ogóle do niej nie należało.
Od samego patrzenia boli. Przecież to metal uderzający o metal, milimetry od skóry, kości i ścięgien. Jeden błąd i rozetniesz sobie kolano albo zmiażdżysz palec. Ale one nie robią błędów. To jest ta „dzikość”, o której myślałem przy Pegazie. Pierwotna siła.
A potem wchodzi ten element, który sprawia, że wstrzymujesz oddech. Jakby samo bębnienie po sobie nie wystarczyło, tancerka bierze miecz. Prawdziwy, krzywy miecz. I trzyma go w zębach. Albo stawia sobie na głowie wieżę z miedzianych garnków i świeczki. I dalej uderza. Dalej wiruje.
Dla dorosłych to jest „folklor” i „tradycja”. Dla mnie to jest supermoc. To jest zaklinanie rzeczywistości.
Mam wrażenie, że te trzynaście talerzyków to trzynaście punktów na mapie jej życia. Że ona nie uderza w mosiądz, tylko wykuwa swoją historię. Uderzenie w ramię – za pracę. W nogę – za drogę przez piach. W serce – za to, co ukryte.
Kiedy kończą, zapada cisza, która aż boli w uszy. Pustynia nagle wydaje się strasznie cicha. A ja patrzę na te ich dłonie, teraz spoczywające spokojnie na kolanach. Są znowu zwyczajne. Ale ja wiem, co przed chwilą zrobiły. Widziałem, jak zamieniły się w wiatr i metal. I chyba nigdy już nie spojrzę na zwykłe klaskanie tak samo. Bo tam, na piasku, zobaczyłem, że ludzkie ciało może być najgłośniejszym i najbardziej precyzyjnym instrumentem na świecie. Jeśli tylko masz odwagę w nie uderzyć.