Szczęście świata - okładka filmu

Szczęście świata

Śląsk. Lato 1939. Kamienica na pograniczu polsko-niemieckim.
Trafiłem na ten film przypadkiem. A może nie przypadkiem. Może to było przeznaczenie – kto to wie. Szukałem czegoś innego, a znalazłem coś co pachnie starym światem.

Kamienica. Mikroświat. Polacy, Ślązacy, Niemcy, Żydzi – wszyscy obok siebie, drzwi w drzwi. Matematyk-samouk, pasjonat botaniki, windziarz, dzieci biegające po schodach. Ludzie z różnych tradycji, języków, czasem z przeciwstawnych światów. A jednak – razem.
I Róża.
Karolina Gruszka. Piękna, zmysłowa, urokliwa. Obiekt westchnień połowy kamienicy. Przyciąga uwagę, porusza emocje, staje się katalizatorem wszystkiego, co się tam dzieje. A jednocześnie – symbolizuje coś więcej niż tylko osobistą historię.
Nie wiem co. Może ulotność. Może tęsknotę. Może to, że piękne rzeczy znikają bez wyjaśnienia.

Oglądasz ten film i zanurzasz się w sielance. Dni wypełnione drobnymi przyjemnościami. Pasje, marzenia, bliskość, poczucie wspólnoty. Światło wpadające przez okna. Kolory tak nasycone, że niemal czujesz ich zapach.
Ale wiesz, że ta sielanka jest krucha. Że nadciąga coś, co wszystko odmieni.
Po pierwszej części – tej przedwojennej, baśniowej – akcja przeskakuje do lat 50. I widzisz, co zostało. Echo. Pustka. Ludzie, których nie ma. Relacje, które się rozpadły. Kamienica, która już nie jest tym samym miejscem. Smutek. Nostalgia. Poczucie utraty czegoś ulotnego.

Michal Rosa stworzył film o zmysłach, nie o faktach.
Kolor, światło, dźwięk, nastrój – wszystko tu gra razem. To bardziej malarstwo niż dokument. Reżyser sam przyznał, że chciał stworzyć film o pięknych kobietach, miłości, tęsknocie do świata, który już wygasł.
I to mu się udało.
Kamienica staje się symbolem utraconego raju. Śląskość jest tłem, oprawą. Rosa uchwycił z dystansu, ale z czułością, atmosferę człowieczeństwa i różnorodności. Współistnienia kultur, które niegdyś było możliwe.

Ale „Szczęście świata” ma w sobie coś, czego Amelia nie miała. Cień. Świadomość, że za rogiem czeka katastrofa. Że to lato 1939 roku – ostatnie lato przed końcem świata.
I właśnie ta świadomość sprawia, że każda scena boli trochę bardziej. Że patrzysz na tych ludzi i myślisz: co się z wami stanie? Gdzie będziecie za rok? Za pięć lat?
Film nie odpowiada. Zostawia cię z tym pytaniem.
Krytycy są podzieleni. Jedni mówią: arcydzieło nastroju. Inni: jajko Fabergé – piękne, ale puste w środku.
Może mają rację. Może postacie są bardziej symboliczne niż pełnokrwiste. Może film za bardzo opiera się na estetyce, zamiast pokazać prawdziwy dramat. Może tempo jest za wolne dla tych, którzy oczekują akcji.
Ale ja niczego nie oczekiwałem, a dostałem wiele.
Dostałem świat, który pachnie latem. Który mieni się kolorami. Który istnieje tylko przez chwilę – a potem znika, jak Róża, jak tamta kamienica, jak tamci ludzie.

Film przemilcza wiele.
Rosnący terror wobec Żydów. Napięcia polsko-niemieckie. Lęk przed wojną, który w rzeczywistości był bardzo realny. Śląsk w 1939 roku był miejscem konfliktów, skomplikowanych tożsamości, trudnych zmian granic.
Rosa tego nie pokazuje. Pokazuje harmonię. Współistnienie. Piękno.
To świadomy wybór. Nie chciał realizmu historycznego. Chciał wykadrowanej, nostalgicznej pocztówki. Chciał baśni.
I może właśnie dlatego początek wojny nie uderza tak, jak mógłby. Świat w filmie wydaje się zbyt spokojny, zbyt bezpieczny. Dostajesz tylko subtelny sygnał, że coś nadchodzi – ale nie czujesz wagi historii.
To cena, którą płaci się za baśniowość.
Róża. Co się z nią stało?
Film nie mówi wprost. Nie wiemy, dlaczego znika. Czy jej piękno było karą, czy błogosławieństwem. Czy padła ofiarą wojny, pożądania, polityki, własnych wyborów.
Ta niejednoznaczność jest artystycznie piękna. Ale też – to ucieczka od konkretu. Róża jest bardziej symbolem niż osobą. Jej los staje się częścią melancholii filmu. Piękne rzeczy znikają. Bez wyjaśnienia. Tak po prostu.

To nie jest film o historii. To film o pamięci.
A pamięć jest wybiórcza. Idealizuje. Wygładza konflikty. Wycina traumy. Zostawia tylko to, co chcemy pamiętać.
Rosa zbudował mit kamienicy jako raju współistnienia. Artystów, ekscentryków, marzycieli. Prawdziwe życie przedwojennych kamienic było trudniejsze – bieda, choroby, konflikty klasowe. Ale reżyser wybrał wersję oniryczną. Błyszczącą.
I może właśnie o to chodzi.
Może potrzebujemy takich baśni. Żeby pamiętać nie to, jak było – ale to, jak mogło być. Jak powinno być. Zanim wszystko się rozpadło.

Wychodzę z tego filmu z dziwnym uczuciem.
Jakbym odwiedził miejsce, które już nie istnieje. Jakbym spotkał ludzi, których dawno nie ma. Jakbym przez chwilę poczuł ciepło lata 1939 roku – tego ostatniego lata.
Róża zostaje ze mną. Jej twarz. Jej uśmiech. To, jak przyciągała światło i barwy.
I pytanie, które film zostawia otwarte: co się z nią stało?
Nie wiem. Może nie powinienem wiedzieć. Może właśnie na tym polega magia tego filmu – że pozwala wyobraźni dokończyć historię. Albo nie dokończyć. Zostawić ją otwartą, jak ranę, która się nie goi.

Są filmy, które opowiadają historie. I są filmy, które budują światy. „Szczęście świata” buduje świat – kolorowy, zmysłowy, ulotny. A potem pozwala mu zniknąć. I zostaje tylko echo. I tęsknota za czymś, czego nigdy tak naprawdę nie mieliśmy.

1 pomyślał o “Szczęście świata – film który mnie poruszył.

  1. Czasem trafia się taki blog i człowiek wie, że zostaje.Mało który tekst sprawia, że zatrzymuję się na stronie na dłużej – ten się udał. Czuć, że ktoś tu naprawdę przemyślał, co chce powiedzieć. Lubię, gdy autor pisze tak, jakby mówił do jednej konkretnej osoby.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *