amor_na_pegazie_20251219_152343

Czy Amor na Pegazie, przez lata zapomniał swoje zadanie?

Było coś dziwnego w dzisiejszym popołudniu. Niebo jak papier po kawie — nierówno szare, miejscami przepalone światłem. Szedłem przez Wrocław bez planu, jak to bywa czasem, gdy już nie chcesz niczego szukać, ale nie da się też stać w miejscu.
Idąc Promenadą Staromiejską, znowu spojrzałem na niego. Amor na Pegazie. Niby nic nowego. Trochę już z nim jestem oswojony, prawie nie widzę. Ale dziś — nie wiem. Może przez ten ciężki zapach liści, mokrych i zgniecionych, przez dym gdzieś z oddali? Może przez czyjeś spojrzenie, którego nie złapałem, ale czułem?
Dziwnie to brzmi, ale… wtedy Amor naprawdę tam był. Nie jako figura. Ale jako coś obecnego. Zawisły razem. Chłopak z rozpiętym łukiem. Koń, który nie ma gdzie wylądować. I ten moment napięcia, który trwa tyle lat. Sto? Więcej?
Ktoś kiedyś powiedział, że to o odradzaniu się nauki. Że po wojnie, po gruzach i dymie, coś miało wznieść się. Miłość do wiedzy, do idei. Taki euforyczny gest Akademii pośród ruin. No jasne. Ale jak długo można patrzeć na taką wersję?
Mam wrażenie, że dzisiaj patrzyłem nie na „symbol”, tylko na czyjeś zapomniane uczucie. Może Amor nie trzyma tej strzały, żeby kogoś trafić. Może nie bez powodu zgubił łuk i strzałę? Może po prostu zapomniał, co miał zrobić. I stoi w tym zawieszeniu, w pół ruchu. Niewysłana wiadomość. Niedopowiedziane „kocham”, które zamarło na ustach. Takie, które dusisz, żeby nie bolało bardziej.
Pegaz wygląda, jakby jeszcze wierzył, że coś się uniesie. Że powietrze zadziała, że grunt jednak nie oderwał się całkiem. Ale przecież wszyscy wiemy. To tylko pomnik. Z metalu, z betonu, z czegoś zimnego, niepodatnego na wiatr. A mimo to staje się miękki, kiedy patrzysz. Przynajmniej dla mnie.
I ten Wrocław, całość, w tle — niby żyje, tramwaje wibrują na Świdnickiej i Skargi, ktoś się gdzieś śmieje, ktoś się spieszy, jak zawsze — ale nagle ma się wrażenie, że wszystko zwalnia. Że on też czeka. Całe miasto. Że chodzi się tu nie po to, by gdzieś dojść, tylko żeby coś zrozumieć. Choćby na chwilę. Mam takie momenty, że siedzę spokojnie, a i tak coś we mnie wrzeszczy. A potem przychodzi taki obraz — Pegaz, zawieszony nad fosą, chmury, co odbijają się w szybach Renomy, Teatru Lalek, Pałacu Leipzigera, i robi się cicho. Nie zewnętrznie. W środku.
Nie wiem, może to osobiste i nikogo nie obchodzi. Może tylko ja widzę w tej rzeźbie coś niepokojąco ludzkiego. Zagubienie? Zawieszenie? Albo pragnienie, które nie ma końca ani początku. Ale chyba nie chcę tego za bardzo roztrząsać. Bo to wtedy znika. Jak sen opowiedziany za wcześnie. Po prostu — Wrocław… Amor… Pegaz… I ta dziwna cisza, którą można czasem usłyszeć. Nie między ludźmi. Tylko pod ich słowami.

Przypomniało mi się, że pewnego dnia, podczas wspólnego spaceru, moja bliska przyjaciółka przystanęła na dłużej i spojrzała głęboko w zielonkawe oblicze wierzchowca.
– Ten koń ma w oczach szaleństwo – stwierdziła z przejęciem po bliższych oględzinach.
Podszedłem i przyjrzałem się bliżej. Mi to wyglądało bardziej na żądzę. To ten rodzaj pierwotnej, nieskrępowanej siły, która napędza sztukę i ludzkie życie. Patrząc na tę dzikość w oczach Pegaza, pomyślałem, że to całe szczęście, iż dosiadający go Amor zachował chłodny spokój i wygląda na tak „normalnego”. Gdyby i on dał się porwać temu szaleństwu, strzelając ze swojego łuku jak popadnie, w naszym mieście zapanowałby prawdziwy uczuciowy chaos.

A może właśnie dlatego nie ma łuku i strzały. Ktoś o tym pomyślał i zabezpieczył mieszkańców przed rozlaniem się morza uczuć. A może właśnie tego brakuje temu miastu?

Ostatnio usłyszałem, że Amor na Pegazie działa jak całoroczna jemioła. Wystarczy stanąć pod cieniem skrzydeł Pegaza i pocałować ukochaną osobę, by zapewnić sobie wieczną miłość i wierność. Wrocławianie wierzą, że ten „rozbrojony” Amor ma teraz inną misję – nie strzelać na oślep, ale chronić tych, którzy już się odnaleźli. To patron randek nad fosą, świadek pierwszych nieśmiałych wyznań i trzymania się za ręce podczas jesiennych spacerów.

Może Amor nie ma już łuku, ale w tym magicznym zakątku Wrocławia, strzały i tak trafiają celnie. Prosto w serce.

Jest rok 1914. Wrocław nazywa się Breslau, a powietrze w Europie gęstnieje od napięcia przed nadchodzącą wojną. Właśnie wtedy, w tym dziwnym momencie zawieszenia między starym a nowym światem, wybitny rzeźbiarz Theodor von Gosen tworzy swoje dzieło.

Rzeźba nie powstała dla parku. Pierwotnie stanęła przy Pawilonie Związku Artystów Śląskich podczas słynnej Wystawy Stulecia. Miała symbolizować potęgę sztuki i natchnienia. Gosen, profesor wrocławskiej akademii, wlał w ten pomnik kawałek własnej duszy. Legenda głosi, że oczy Pegaza – tego mitycznego konia – są tak naprawdę oczami samego rzeźbiarza. Jakby chciał on wiecznie spoglądać na swoje ukochane miasto z grzbietu poetyckiej bestii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *