Iustitia Gosen
Bywa taki moment dnia, gdy słońce we Wrocławiu odbija się od szyb tak ostro, że musisz zmrużyć oczy. Ale ona ich nie mruży. Siedzi tam, nad wejściem do Sądu Okręgowego, nieruchoma i niepokojąco obecna. Iustitia. Większość ludzi mija ją, myśląc o paragrafach, o wyrokach, o spóźnionym tramwaju. A ja? Ja patrzę w jej oczy i widzę w nich coś, co sprawia, że świat jeszcze bardziej zaczyna wibrować. Bo to spojrzenie… ono jest jak kamień wrzucony w spokojną wodę. Niby gładka tafla fasady, a jednak zostają po nim kręgi, które czuję jeszcze długo po tym, jak skręcę w stronę Podwala. Próbuję to opisać, choć mam wrażenie, że słowa są zbyt sztywne, zbyt „urzędowe”, by oddać ten moment, gdy stoisz pod gmachm na Sądowej i nagle zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś tam sam.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że Theodor von Gosen, ten, który ją wyrzeźbił, pociął własną ślubną obrączkę, żeby zrobić jej źrenice. To mnie rozkleja. Ta myśl, że w tej surowej, kamiennej figurze, która ma pilnować porządku świata, jest ukryty kawałek czyjegoś osobistego przyrzeczenia. Jakby sprawiedliwość nie mogła istnieć bez tej odrobiny ludzkiego udziału, bez tego drżenia rąk artysty, który oddaje coś najcenniejszego, by rzeźba mogła „widzieć”.

To nie są martwe oczy. To oczy, które wiedzą. I może właśnie dlatego tak na nas działają.
Pamiętacie ten moment w 2005 roku? To było jak scena z jakiegoś surrealistycznego snu. Urzędnicy, poirytowani ludzkim gadaniem, że „sprawiedliwość nie jest ślepa”, że „przegrywamy, bo ona nas widzi”, postanowili ją oślepić. Założyli jej opaskę. Taka mała, urzędnicza próba ucieczki przed wzrokiem, którego nie da się znieść.

Zastanawiam się czasem, co czuła wtedy ta rzeźba. Czy ten metal chłodził jej złote źrenice? Czy w tamtym tygodniu Wrocław stał się trochę bardziej mroczny, bo jedyna, która miała odwagę patrzeć nam w twarz, została zmuszona do ciemności? To było jak próba uciszenia sumienia. Na szczęście, prawda ma to do siebie, że kłuje w oczy nawet przez metal. Opaska zniknęła, a Iustitia znów patrzy.
Wszyscy mówią o Temidzie, o wadze, o obojętności prawa. Ale stojąc tam, pod tym wielkim gmachem, myślę, że Gosen chciał nam powiedzieć coś innego. Może sprawiedliwość nie jest o tym, by nie widzieć różnic. Może jest o tym, by mieć odwagę patrzeć na drugiego człowieka tak długo, aż zobaczy się w nim siebie?
I ten Wrocław wokół — głośny, spieszący się, pełen ludzi, którzy za chwilę wejdą tam, by walczyć o „swoje”. A ona stoi nad nimi. Zawieszona między niebem a ziemią, między złotem obrączki a szarością kamienia. Nie jest symbolem. Jest kimś, kto czeka. Czeka, aż w końcu zrozumiemy, że spojrzenie w oczy drugiego człowieka to najtrudniejszy wyrok, jaki możemy na siebie wydać.
Kiedy odchodzę w stronę fosy, czuję to spojrzenie na plecach. Nie jest surowe. Jest raczej melancholijne. Jakby pytała: „I co teraz zrobisz z tą prawdą, którą właśnie odkryłeś?”. Nie wiem. Może po prostu pójdę dalej, czując tę dziwną ciszę, która osiada na ramionach po każdym spotkaniu z kimś, kto widzi przez nas na wylot.