Jak zwykle włóczę się bez celu. Znowu Muzeum Narodowe. Stare mury i cień. Ale ona nie stoi w cieniu. Nagrzewa ją pełne słońce. Zatrzymuje mnie. Prawie trzy metry brązu. Monumentalna. Cicha. Jakby stłumiona dramaturgia. Stoi tu od lat, a ja nigdy wcześniej się nie zatrzymałem. Ale dziś się zatrzymałem. „Alegoria rybołówstwa” autorstwa Christiana Behrens’a. Rzeźbiarza, który znał język kamienia lepiej niż większość z nas zna język ludzi.
Na samym szczycie – głowa rybaka. Tylko głowa. Jakby resztę jego ciała porwał żywioł, zostawiając po sobie jedynie pamięć. Kapelusz, z jakiego słynęli dawni poławiacze mórz, rzuca cień na jego twarz. Patrzy gdzieś daleko. Dalej niż ja potrafię dostrzec. Dalej niż ktokolwiek z nas.
A nad nim – węże. Plątanina wijących się ciał. Symbol pradawnych wód i morskich głębin. Chaosu natury. Skręcają się w dramatycznym tańcu, jakby chciały przypomnieć, że morze nigdy nie zapomina. O tych, którzy mu zbyt ufają. O tych, którzy myśleli, że je oswoili.
W XIX wieku życie rybaka naprawdę było walką. Nie tylko z żywiołem – z mitami, które z pokolenia na pokolenie nabierały realnego kształtu.
Stoję i patrzę na te węże. Nie wiem czemu, ale czuję niepokój.
Głowa rybaka wyrasta z kolumny.Przypomina egipski obelisk. Symbol boskości. Wieczności. Niezmienności czasu. U jej stóp – potężna, trójpalczasta noga orła. A na niej siedzą dwie kobiece postaci. I to właśnie one nadają rzeźbie ten boleśnie ludzki wymiar. Z jednej strony – naga, spokojna kobieta. Z drugiej – piękna, zjawiskowa syrena. Dwie siły. Między którymi rozdarty był każdy rybak. Dom i morze. Miłość i tęsknota. Bezpieczeństwo i niebezpieczna wolność.
W domu czekała żona. Kochająca. Wierna. Pełna niepokoju. Dniami i nocami wyglądała go z nadzieją, że morze i tym razem odda to, co zabrało.
A jednak – kiedy rybak stawał na lądzie, w jego sercu kotłował się niepokój. Morze przemawiało do niego. Przyzywało jak syreni śpiew. Uwodzicielskie. Piękne. Zabójcze.
Legendy mówią o mężczyznach, którzy ulegli temu śpiewowi. O tych, którzy dali się zahipnotyzować. Rozbili o skały. Zniknęli w głębinach. Tylko jeden człowiek oparł się morskiej pokusie – Odyseusz. Kazał się przywiązać do masztu, by posłuchać syren, nie ginąc od ich uroku. Rybak z tej rzeźby tego luksusu nie miał.
Patrzę na te dwie kobiety. Na żonę i syrenę. I myślę o wszystkich wyborach, których nie da się wygrać. O tym, jak to jest stać między dwoma światami i wiedzieć, że jednego nie da się mieć bez utraty drugiego. Może przesadzam. Ale tak właśnie czuję, stojąc przed tym posągiem.
Obchodzę rzeźbę dookoła. I wtedy widzę coś, czego się nie spodziewałem. Na tylnej ścianie – głowa morskiego diabła. Oczywiście diabła. Bo jakie inne stworzenie mogłoby czynić całe zło w podwodnym świecie?
Jego rogi układają się w fantazyjne spirale. Jakby tańczyły w rytm niewidzialnych fal. Patrzy na mnie pustymi oczami. Albo nie pustymi – pełnymi czegoś, czego nie chcę nazywać.
To przypomnienie. Że dawniej rybołówstwo nie było tylko zawodem. Było wyprawą na granicę światów. Za każdym razem, gdy rybak wypływał w morze, mierzył się nie tylko z falami. Mierzył się z siłami, które dla ludzi XIX wieku były bardzo realne.
My już w to nie wierzymy. Ale oni wierzyli. I może właśnie dlatego ta rzeźba tak niepokoi.
U samego dołu kompozycji, na tronie siedzi muskularny atleta.
Na jego ramionach spoczywa cały ciężar monumentu. To nie może być Atlas – ten dźwigał przecież sklepienie nieba. Bardziej przypomina Posejdona. Zmęczonego władcę mórz. Który z trudem utrzymuje w równowadze całą wodną krainę. Jego napięte mięśnie mówią więcej niż słowa. Morze jest piękne. Ale okrutne. Zawsze żąda ceny.
Patrzę na jego twarz. Jest zmęczona. Jak twarz kogoś, kto dźwiga za długo. Kto wie, że nie może puścić – ale nie wie, jak długo jeszcze wytrzyma.
Odchodzę powoli. Oglądam się jeszcze raz. Rybak wciąż patrzy w dal. Węże wciąż tańczą. Żona wciąż czeka. Syrena wciąż kusi. Diabeł wciąż patrzy z tyłu. Posejdon wciąż dźwiga. Nic się nie zmieniło. Nic się nie zmieni. Ale ja się zatrzymałem. Na chwilę. I to chyba wystarczy.
Następnym razem, przechodząc obok Muzeum Narodowego, zrób coś prostego. Zatrzymaj się. Spójrz rybakowi w oczy. Dostrzeż syrenę i jej konkurentkę. Obejdź rzeźbę. Zmierz się z demoniczną twarzą z tyłu. Każdy zobaczy w tej historii coś innego. Bo każdy ma swoje morze. I każdy ma swoją syrenę, która go wzywa.
Christian Behrens.
Jego styl – pełen ekspresji, dramatyzmu, ukrytych znaczeń. Jego rzeźby nie tylko się ogląda. Czyta się je. Jak mitologiczne opowieści. Jak sny, które pamiętasz tylko fragmentami.
Stworzyłem artykuły o innych jego dziełach. O Atlantach przy NOT-cie. O Pocałunku Sfinksa. Ale ta rzeźba… ta jest inna. Bardziej osobista. Jakby Behrens włożył w nią coś, czego nie potrafił powiedzieć wprost. A może to ja wkładam. Może każdy widzi w niej własne tęsknoty. Własne demony. Własne morza.