Kiedy , że własne towarzystwo to za mało. Wtedy wychodzę. Nie szukam nikogo konkretnego – szukam tła. Głosów, kroków, obecności. Rynek daje to najlepiej. Usiadłem na ławce naprzeciwko Fredry i patrzyłem, jak on patrzy na tłum. Ten sam lekki uśmiech co zawsze. Jakby rozumiał coś, czego ja jeszcze nie ogarnąłem.
Aleksander Fredro siedzi w fotelu, swobodnie, niemal po domowemu. W ręku zwitek papieru i gęsie pióro. Pióro, które zresztą kradną studenci przed sesją, na szczęście. Plastikowa replika, wymieniana kilkanaście razy w roku. I nawet to ma w sobie coś śmiesznego – jakby Fredro sam napisał tę scenę. Studenci wierzą w magię gestu. Dotknąć, ukraść, zdać. Jakby ten kawałek plastiku nosił w sobie coś z niego. Z tego uśmiechu, z tego spokoju.
Ale dziś to nie pióro mnie zatrzymało. Zatrzymał mnie cokół. I napisy na nim wykute.
Z przodu: „ALEKSANDER FREDRO”. Z tyłu: „STARANIEM KOŁA LITERACKO-ARTYSTYCZNEGO WE LWOWIE 1897″. Z boku informacja, że pomnik został wzniesiony we Lwowie i przeniesiony do Wrocławia w 1956 roku. Autor – Leonard Marconi, wybitny polski rzeźbiarz pochodzenia włoskiego, profesor Politechniki Lwowskiej.
Te napisy mówią prawdę. Ale nie zawsze tu były. I to, co było wcześniej, mówi więcej o nas niż o nim.
Próbuję sobie wyobrazić, jak to było w 1956 roku. Miasto jeszcze nie otrząsnęło się z wojny. Gruz, kości, zimno. I nagle – pomnik. Ale jakiego? Hrabiego? Arystokraty? W centrum socjalistycznego miasta? To nie pasowało do narracji. Więc skłamano. Napisano na cokole: „ALEKSANDROWI FREDRZE W STULECIE ŚMIERCI – SPOŁECZEŃSTWO WROCŁAWIA”. Ani słowa o Lwowie. Ani słowa o tym, że pomnik tam stał od 1897 roku. Ani słowa o tytule, o pochodzeniu, o tym, skąd przybył. Fredro miał być pisarzem ludowym, patriotą, który przybył do Wrocławia razem z nowymi mieszkańcami. Jakby zawsze tu należał. Jakby Lwów nigdy nie istniał.

I zastanawiam się – czy ludzie, którzy go wtedy odsłaniali, wierzyli w to kłamstwo? Czy lwowianie, którzy stali w tłumie, milczeli, bo wiedzieli prawdę? Czy może po prostu wszyscy udawali, że tak było, bo łatwiej? Bo mówienie prawdy kosztowało? A może tak jak teraz nie obchodziło to nikogo? Przechodzili koło pomnika i nie wiedzieli, że tam jest? A może mówili – tylko cicho. Żeby władze nie usłyszały.
Historia tego pomnika to opowieść o tułaczce. Po wojnie światowej, gdy Lwów znalazł się w granicach ZSRR, władze radzieckie zgodziły się przekazać Polsce zabytki związane wyłącznie z polską kulturą. Pomniki królów czy wodzów miały trudniejszą drogę, ale Fredro – komediopisarz, autor „Zemsty” i „Ślubów panieńskich” – nie był politycznie groźny. Więc pozwolili.
W 1946 roku został „eksmitowany” ze Lwowa. Eksmitowany. Jakby sam mógł się sprzeciwić. Najpierw trafił do Wilanowa pod Warszawą, gdzie przez kilka lat stał w parku – a według niektórych przekazów wręcz leżał w krzakach lub magazynie. Wyobrażam to sobie czasem. Fredro leżący w trawie. Zakryty liśćmi. Zapomniany. Czekający. A potem – przetarg. Kilka miast chciało go mieć. Poznań ubiegał się. Wygrał Wrocław. Bo tu było najwięcej lwowian. Bo to miasto stało się ich nowym domem. Nie z wyboru. Z konieczności.
Odsłonięcie nastąpiło 15 lipca 1956 roku – osiemdziesiąta rocznica śmierci pisarza. Data nie była przypadkowa. Miejsce też nie. Fredro stanął dokładnie tam, gdzie przed wojną znajdował się konny pomnik króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Usunięcie niemieckiego monarchy i zastąpienie go polskim komediopisarzem było czytelnym sygnałem zmiany epoki. Ale też – zastąpieniem jednej narracji inną. Jedna ideologia schodziła, druga wchodziła. A Fredro stał pośrodku. Z uśmiechem.
Co ciekawe – i tego też nie mówiono na głos – Fredro miał osobisty związek z Wrocławiem. Jako młody oficer armii napoleońskiej bywał tu w 1812 roku, a nawet rozważał zakup posiadłości w okolicy. Ale o tym komuniści też woleli nie mówić. Bo komplikowało prostą narrację o „Ziemiach Odzyskanych”. Bo Napoleon to nie był dobry bohater dla socjalistycznej propagandy.

Pomnik wykorzystano jako dowód na historyczne i kulturowe prawo Polski do Wrocławia. Fredro stał się „pierwszym polskim pomnikiem” w centrum miasta, symbolicznym odczarowaniem niemieckiego Rynku. Arystokrata został zdemokratyzowany, lwowianin został odcięty od swojego miasta, a prawda została zakopana pod warstwą ideologii. I tak stał. Dziesiątki lat. Z fałszywym napisem. Z fałszywą historią.
Dopiero po upadku komunizmu postanowiono przywrócić pomnikowi jego tożsamość. Dzisiejsze napisy oddają prawdę – o Lwowie, o Marconim, o roku 1897. Fredro przestał być „reprodukcją” postawioną przez komunistów, a stał się autentycznym świadkiem historii, który przetrwał wygnanie ze swojego rodzinnego miasta. I myślę sobie – jak to musiało być dla ludzi, którzy pamiętali Lwów? Którzy wiedzieli, że ten pomnik stał tam, na ich Rynku? A teraz stoi tu. I przez lata miał kłamliwy napis. To musiało boleć. Codziennie go mijać. Codziennie udawać, że nie widzą różnicy.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której mało kto wie. Ciało Fredry spoczywa w Rudkach pod Lwowem. Ale jego palec – prawy kciuk – znajduje się we Wrocławiu. Został przywieziony z bezczeszczonego w czasach radzieckich grobowca przez profesora Bogdana Zakrzewskiego i w 1989 roku wmurowany w ścianę kościoła św. Maurycego przy ulicy Traugutta.
Relikwia. Fragment pisarza, który podąża za swoim pomnikiem. Jakby nie chciał go zostawić samego.
I to brzmi jak coś z jego komedii, prawda? Absurd, który jest prawdziwy. Palec we Wrocławiu, ciało we Lwowie, pomnik między nimi. Rozdarty na kawałki, rozrzucony po miejscach, które już nie są ze sobą w tym samym kraju. A mimo to – jakoś cały. Jakoś obecny.
Wstaję z ławki. Fredro zostaje. Patrzy gdzieś przed siebie, w stronę ratusza, z tym swoim lekkim uśmiechem. Siedzi wygodnie, jakby był u siebie. A może rzeczywiście jest. Po tylu latach, po tylu przeprowadzkach, po tylu kłamstwach i korektach – może wreszcie jest u siebie. Albo nigdzie nie jest. Albo jest wszędzie, gdzie ktoś go widzi i pamięta.
Odchodzę w stronę ratusza. Za plecami zostaje pomnik, studenci, turyści robiący zdjęcia. I plastikowe pióro, które pewnie znów zniknie przed najbliższą sesją. I Fredro, który patrzy. Który wie. Który przetrwał.
Są pomniki, które stoją w jednym miejscu od zawsze. I są takie, które wędrują – ze Lwowa przez Wilanów do Wrocławia, z prawdy przez kłamstwo z powrotem do prawdy. Fredro przeszedł tę drogę. Siedzi teraz na Rynku, z piórem w ręku i uśmiechem na twarzy. Jakby wiedział, że dobre komedie piszą się same. Wystarczy poczekać, aż historia dostarczy materiału.
A ja idę dalej. I myślę o tym palcu w kościele św. Maurycego. I o tym, że kiedyś tam pójdę, żeby dotknąć ściany, w którą jest wmurowany. Mimo, że to dziwne – żeby chodzić oglądać palec. Ale chyba dziwniejsze wykradać palec z grobu. Może to i dobrze, bo dzięki temu pamięć o polskim Lwowie nie zaniknie. Idę dalej…