Koń 87 wrocławska rzeźba

Szewska. Kilka kroków od Rynku. Mijam kamienicę numer 18 i nagle – stoi. Żelazny, masywny, zardzewiały. Koń, który nie pasuje do niczego wokół. I może właśnie dlatego pasuje idealnie.

„Koń 87″. Tak się nazywa. Cyfry w tytule to rok powstania – 1987. Ale rzeźba stanęła tu dopiero dwadzieścia lat później, w 2007 roku. Dwadzieścia lat czekania. Na co? Na miejsce? Na moment? Na miasto, które będzie gotowe go przyjąć?

Podchodzę bliżej. To nie jest koń, jakiego znamy z pomników. Nie ma w nim gracji, nie ma lśniącego brązu, nie ma jeźdźca w mundurze wskazującego szablą na horyzont. Ten koń jest poskładany z segmentów. Modułowe elementy połączone śrubami i kołnierzami. Widać szwy, widać łączenia, widać, że to konstrukcja, nie iluzja.

Zbigniew Frączkiewicz. Tak nazywa się człowiek, który go stworzył. Artysta znany z cyklu „Ludzie z żelaza” – postaci równie modułowych, równie szorstkich, równie pozbawionych gładkości. Jego żelazo nie udaje, że jest czymś innym. Jest sobą – ciężkim, zimnym, rdzewiejącym.

Bo ten koń rdzewieje. I to jest zamierzone.

Rdzawy nalot ma „odmierzać czas”, mówią krytycy. Podkreślać przemijanie. Wpisywać rzeźbę w brudno-industrialny język, który Frączkiewicz uprawia od lat. Patrząc na tę rdzę, myślę o tym, że większość pomników walczy z czasem. Poleruje się je, konserwuje, chroni przed patynami i przebarwieniami. Ten koń robi odwrotnie – zaprasza czas, żeby zostawił ślad. Jakby mówił: jestem tu, starzeję się razem z wami, nie udaję wieczności.

Jest w tym coś poruszającego. I coś niepokojącego.

Słyszałem historię o tym koniu. Podobno inspiracją był prawdziwy koń ze stadniny w Jaroszówce, który w panice złamał nogę. A potem – ironia losu – podczas przenoszenia rzeźby uszkodzono nogę odlewu. Koń z pękniętą nogą. Anegdota, która obiega miasto, pojawia się w prasie, budzi uśmiechy i westchnienia. Bo może właśnie o to chodzi – że nawet żelazne konie są kruche. Że nawet to, co wygląda na niezniszczalne, może pęknąć.

W oficjalnych opisach piszą, że to świadoma „anty-wersja” tradycyjnego pomnika konnego. Zamiast bohatera na koniu – zdehumanizowany, ciężki zwierzęcy korpus. Jeździec, jeśli w ogóle jest obecny w innych wersjach, to nagi, pozbawiony rąk i nóg „żelazny człowiek”. Kaleka na kalekim koniu. Władza obnażona, patos rozmontowany na części.

Siadam na ławce naprzeciwko. Turyści przechodzą, robią zdjęcia, idą dalej. Koń stoi. Rdzewieje. Milczy. Jest teraz częścią miasta tak samo jak krasnale czy Anonimowy Przechodzień. Punkt orientacyjny. Znak. „Spotkajmy się pod koniem” – pewnie tak mówią ludzie, umawiając się na Szewskiej.

Ale czy patrzą na niego? Czy widzą te śruby, te kołnierze, tę rdzę? Czy pytają, dlaczego koń wygląda jak złożony z odpadów fabrycznych? Czy zastanawiają się, co artysta chciał powiedzieć?

Może nie muszą. Może wystarczy, że koń tu jest. Że stoi wśród kamienic i witryn sklepowych, ciężki i obcy, i zmusza do chwili zatrzymania. Nawet jeśli ta chwila trwa tylko tyle, ile kliknięcie migawki.

Publicyści piszą o nim „Don Kichot we Wrocławiu”. Bo ta nieklasyczna forma prowokuje pytania. O pamięć, o tożsamość miejsca, o to, jak współczesne miasto obchodzi się z symbolami. Koń był kiedyś znakiem władzy i patosu. Królowie, wodzowie, generałowie – wszyscy siedzieli na koniach, bo koń podnosił, wywyższał, dawał moc. A tu? Tu koń stoi sam. Bez jeźdźca. Bez chwały. Zardzewiały, poskładany z części, z pękniętą – według legendy – nogą.

Może to jest najuczciwszy pomnik, jaki można dziś postawić. Taki, który nie udaje, że wie wszystko. Który nie wskazuje drogi szablą. Który po prostu stoi i rdzewieje, i pozwala, żebyśmy sami zdecydowali, co znaczy.

Wstaję. Idę dalej w stronę Rynku. Za plecami zostaje koń – żelazny, ciężki, cierpliwy. Będzie tu stał, gdy wrócę. I gdy nie wrócę. Będzie rdzewieć dalej, odmierzając czas, który dla niego nie ma znaczenia.

Kiedyś pomniki konne opowiadały o zwycięstwach. Ten opowiada o czymś innym. O tym, że można być poskładanym z części. Że można rdzewieć i wciąż stać. Że można stracić jeźdźca i nie przestać być koniem. Może właśnie dlatego lubię tu wracać. Bo „Koń 87″ nie żąda podziwu. Stoi i jest. Zardzewiały, szczery, milczący. I to wystarczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *