Plac Solny. Wrocław. Upał.
Włóczę się bez celu, jak zwykle. Nogi same mnie tu przywiodły. A może zapach – kwiaty, setki kwiatów, które tu sprzedają całą dobę.
Fontanny nie widać. Nie od razu. Jest ukryta między kwiaciarniami. Zasłonięta parasolami straganów, wiadrami pełnymi bukietów, doniczkami ustawionymi wszędzie, gdzie się da. Trzeba wejść głębiej. W to morze zapachów. Róże, lilie, chryzantemy. Zapachy tak gęste, że niemal można się w nich zgubić. I wtedy – plusk wody. Najpierw słyszę, potem widzę. Cztery smocze głowy. Tryskają wodą w gorące powietrze. Fontanna pośrodku placu, niewielka, ale jakoś… obecna. Ukryta, a jednak nie da się przejść obok. Trzeba tylko wiedzieć, że tu jest. Albo szukać. Albo mieć szczęście.
Siadam w cieniu kwiaciarni. Wśród plusku wody, zapachu róż i goździków, w powietrzu tak gęstym od upału, że niemal widocznym.
Fontanna „Smoki”. Albo Dragons Fountain, jak mówią turyści. 1997 rok. Tomasz Myczkowski i Ryszard Mazur – dwóch ludzi, którzy postanowili, że ten plac potrzebuje czegoś więcej niż tylko kwiatów. A wydaje się, ze jest tu od wieków. Że zawsze była.
Plac Solny ma średniowieczne korzenie, bo był tu Targ soli – stąd nazwa. Kupcy, wozy, krzyki przekupniów. Wyobrażam sobie tamtych ludzi, jak się tu tłoczą, jak targują, jak przeklinają pod nosem, gdy cena idzie w górę. Sól była wtedy jak złoto. Bez niej mięso gniło, jedzenie traciło smak, życie było trudniejsze. Teraz soli tu nie ma. Są kwiaty. Całodobowy targ kwiatowy – jedyny taki we Wrocławiu, może w Polsce. Można tu przyjść o trzeciej w nocy i kupić bukiet róż. Nie wiem, kto to robi. Ale można. I są smoki. Patrzę na nie. Na te cztery głowy wyrastające z wody. Misternie powyginana stal. Skrzydła z kutej blachy. Płaskowniki wywinięte w łapy. To nie są rzeczy wycinane laserowo, produkowane seryjnie, wyplute przez maszynę. To dzieło rąk ludzkich. Ręczna robota, wykonana w piecu kuźni. Wchłonęła pot ludzki i determinację. Wiedzę, umiejętności, kreatywność i pomysłowość. Patrzę na te smoki i widzę godziny przy kowadle. Uderzenia młota. Żar. Iskry.Te smoki nie tryskają wodą – one ją oddają. Jak dar. Jak podziękowanie za to, że ktoś je powołał do życia, ale nie są groźne. Raczej… figlarne. Tryskają wodą leniwie, bez pośpiechu, jakby miały całą wieczność. I maja. Chyba. Dzieci podchodzą, podstawiają ręce, piszczą, uciekają. Dorośli siedzą na ławkach i patrzą. Albo nie patrzą – bo kto zwraca uwagę na fontannę, którą mija się codziennie? Ja dzisiaj zwracam

Lata 90. Rewitalizacja Placu Solnego.
Nie pamiętam, jak tu było wcześniej. Albo pamiętam, ale mgliście – szarość, beton, może jakieś stragany. Potem ktoś zdecydował, że to miejsce zasługuje na więcej. Na kwiaty. Na małą architekturę. Na smoki tryskające wodą.
Myczkowski i Mazur. Dwóch projektantów, o których pewnie mało kto pamięta. Ale ich dzieło stoi tu do dziś. Ochładza przechodniów w upalne dni. Bawi dzieci. Daje pretekst, żeby się zatrzymać.
A może nie potrzeba pretekstu. Może wystarczy upał i zmęczenie. I ławka w cieniu. I zapach kwiatów zmieszany z wilgocią fontanny.
Siedzę tu już chyba godzinę. Może dłużej. Nieważne.
Gorące powietrze drży nad płytami placu. Woda pluska monotonnie, uspokajająco. Kwiaty pachną tak mocno, że niemal można ten zapach zobaczyć – różowy, czerwony, biały. Kolory zapachu. Dziwnie to brzmi. Ale tak właśnie czuję.
Smok to symbol chaosu. Tak mówią legendy. Bestia, którą trzeba pokonać, żeby świat mógł trwać. Ale te smoki nikogo nie straszą. Nikogo nie pożerają. Po prostu dają wodę.
Może o to chodzi. Może chaos można oswoić. Zamienić w fontannę. W miejsce odpoczynku. W coś, co ochładza w upalne dni zamiast palić.
A może przesadzam. Może to tylko cztery głowy ze stali, które tryskają wodą, bo ktoś podłączył pompę. Może nie ma tu żadnej głębszej symboliki. Żadnego przesłania. Ale lubię myśleć, że jest.
Wstaję w końcu.
Nogi odpoczęły. Skóra jeszcze pamięta chłód kropel, które wiatr przyniósł z fontanny. Idę dalej – bo to lubię robić, iść dalej. Ale oglądam się jeszcze raz. Smoki wciąż tryskają. Dzieci wciąż piszczą. Kwiaty wciąż pachną. Plac Solny trwa. Jak trwał od średniowiecza. Tylko zamiast soli – kwiaty. Zamiast kupców – turyści. Zamiast wozów – fontanna z czterema głowami smoków.
Wszystko się zmienia. I nic się nie zmienia.
Są miejsca, które mijamy codziennie i nie widzimy. Plac Solny z jego smokami jest jednym z nich. Ale czasem wystarczy upał, zmęczenie i chwila bez celu – żeby nagle zobaczyć to, co zawsze tu było. Wodę. Kwiaty. Bestie, które dają ochłodę zamiast ognia. I ciszę pośrodku zgiełku miasta.