Widmo miedzi na dawnym Königsplatz, czyli historia o tym, jak biurowiec Cuprum znikał trzykrotnie, zanim w ogóle raczył powstać.
Kiedy tak stoję na narożniku wrocławskiego placu Jana Pawła II, u zbiegu ulicy Legnickiej i Podwala, zamykam na moment oczy i pozwalam, by przemówiło do mnie echo dawnych lat. To miejsce, uwierz mi, jest niczym mityczny feniks – umierało i odradzało się z popiołów więcej razy, niż moglibyśmy zliczyć, a dziś znów trwa w pełnym napięcia oczekiwaniu na swoje zmartwychwstanie. Powierzchnia tego skrawka ziemi może wydawać ci się martwa od dekady, lecz pod spodem wciąż pulsuje życie i cicho krzyczy do nas historia. Przez blisko pół wieku pejzaż ten zdominowany był przez surową, potężną bryłę betonowego biurowca Cuprum, który dla jednych stanowił niekłamaną dumę powojennego postępu i wzniosły symbol potęgi polskiej miedzi, podczas gdy inni widzieli w nim jedynie architektonicznego potwora, brutalnie gwałcącego zachodnią bramę naszego zabytkowego miasta. Dzisiaj widzimy tu dojmującą pustkę, lecz w styczniu 2026 roku coś wreszcie drgnęło, gdyż szwedzki deweloper Skanska otrzymał prawomocne pozwolenie na budowę, co daje nam cichą nadzieję, że po jedenastu długich latach od spektakularnego wyburzenia ta ranna, miejska przestrzeń zdoła się wreszcie na dobre zabliźnić.
Musisz jednak wiedzieć, wierny czytelniku, że ta fascynująca opowieść wcale nie ma swojego początku w epoce PRL-u, ani nawet w mrocznym roku 1945, lecz sięga swoimi korzeniami głębokiego średniowiecza, kiedy to na tym samym skrawku ziemi dumnie prężyła się potężna ceglana brama, znana w tamtych stronach jako Brama Mikołajska, czyli z niemiecka Nikolaitor. Nie był to bynajmniej zwykły element fortyfikacji, ale raczej dobitne oświadczenie dawnych włodarzy, mówiące przybyszom wprost, że w tym miejscu kończy się cywilizowany świat, a zaczyna nieokiełznane barbarzyństwo. Wzniesiona w cieniu zrujnowanego kościoła św. Mikołaja, z dobudowanym w 1427 roku przedbramiem oraz wzmocniona potężnymi bastejami w latach 1479–1503 w obliczu husyckiego zagrożenia, przez stulecia niestrudzenie kontrolowała przepływ ludzi, handlu i wielkich idei, aż nadszedł rok 1820 i wojska napoleońskie po prostu zrównały ją z ziemią, uzmysławiając światu, że fortyfikacje straciły sens w obliczu nowoczesnej wojny, a miasto mogło nareszcie otworzyć się na przedmieścia.
Nawet dziś, spacerując po tym placu, twoje stopy bezwiednie depczą po niewidzialnych, zapomnianych reliktach średniowiecznej cegły, które w 1822 roku ustąpiły miejsca niewielkiemu, zaledwie półhektarowemu placykowi An-der-Königsbrücke-Platz przy żeliwnym Moście Królewskim nad Fosą Miejską.

Ten zaledwie skromny kawałek bruku wystarczył na kilkadziesiąt lat, by już w 1866 roku, w obliczu eksplozji rewolucji przemysłowej pęczniejącego Breslau, przeistoczyć się poprzez rozebranie mostu i zasypanie fosy w gigantyczny, prestiżowy Königsplatz. To właśnie tam wyrosły imponujące pałace burżuazji, wzniesiony w 1827 roku na miejscu dawnej bramy Bank braci Alexander i jedyny ocalały do naszych czasów neorenesansowy pałac z 1879 roku, będący dziś siedzibą Akademii Muzycznej, a całości imperialnego blasku tętniącego życiem placu dopełniały odsłonięty w 1900 roku monumentalny pomnik Żelaznego Kanclerza Bismarcka dłuta Petera Breuera oraz wzniesiona pięć lat później ośmiometrowa neobarokowa fontanna z piaskowca i granitu, w której atletyczne postaci uosabiały Walkę i Zwycięstwo w dobitnej, militarystycznej formie.
I kiedy wydawało się, że ten pruski porządek będzie trwał wiecznie, nadeszła apokaliptyczna wiosna 1945 roku, zamieniając Festung Breslau w upiorny krajobraz księżycowy. Wyobraź sobie, proszę, to totalne zniszczenie, gdy natarcie Armii Czerwonej i desperacka obrona niemieckich wojsk, które same wyburzały kwartały dla uzyskania pola ostrzału, obróciły w gruzy przepiękne kamienice, zatarły wszelki ślad po banku braci Alexander i zrównały z ziemią kościół św. Mikołaja, zostawiając po sobie jedynie zrujnowany pałac muzyków i uszkodzoną ostrzałem fontannę, z której Polacy po wojnie usunęli pomnik Bismarcka.
Przez dwie powojenne dekady ten zraniony narożnik, przemianowany w 1946 roku z ideologicznym entuzjazmem na plac 1 Maja, straszył improwizowanym parkingiem i pętlą tramwajową na gruzowisku, a samą fontannę ocalono fizycznie poprzez przemianowanie jej w 1955 roku na „Fontannę Alegoria Walki i Zwycięstwa”, dopóki w 1957 roku geolog Jan Wyżykowski nie odkrył na monoklinie przedsudeckiej miedziowego eldorado. To wiekopomne wydarzenie, obejmujące Lubin i Polkowice, zaowocowało narodzinami KGHM-u w 1961 roku i podjęciem decyzji o budowie nowej, dumnej centrali właśnie na tym pustym placu we Wrocławiu. Zaprojektowany przez inżyniera Zbigniewa Belofa z katowickiego Biprometu i uroczyście otwarty w 1967 roku biurowiec Cuprum był sześciopiętrowym, żelbetowym manifestem surowego, brutalnego modernizmu o płaskim dachu i pasowych oknach, który w sposób wręcz agresywny zderzał się z dziewiętnastowieczną tkanką pałacu po drugiej stronie, stając się tętniącym sercem polskiego przemysłu miedziowego, pełnym desek kreślarskich i technologicznych wizji.

Kiedy zaś w latach 1979–1981 miasto postawiło na samochody, budując oddany do użytku 24 marca 1984 roku gigantyczny system podziemnych przejść i likwidując pętlę tramwajową, nasz z dumą wzniesiony betonowy gigant został ostatecznie odcięty od życia miejskiego, zamieniając się w samotną wyspę pośrodku asfaltowego morza.
W murach tego kolosa działy się jednak rzeczy o wiele ciekawsze niż tylko projektowanie kopalń, o czym przypomina piękna postać inżyniera Józefa Sieluka, wiceprzewodniczącego zakładowej „Solidarności”, który wraz z towarzyszami przekształcił to miejsce w prawdziwy bastion wolności. W latach 1980–1981 między deskami kreślarskimi drukowano biuletyny związkowe, w mrokach stanu wojennego organizowano dwudniowy strajk okupacyjny, a przez całe lata osiemdziesiąte kolportowano tam podziemną prasę taką jak „Z Dnia na Dzień” Kornela Morawieckiego czy „Solidarność Walczącą”, podczas gdy sam plac stawał się areną dramatycznych starć z ZOMO, jak chociażby podczas rocznicy 31 sierpnia 1982 roku, gdy strumienie armatek wodnych i gaz łzawiący rozpraszały tłumy maszerujące ku Rynkowi.
Gdy w 1989 roku nadeszła upragniona wolność transformacji, a wraz z nią kapitalizm, KGHM rozwinął swoje imponujące skrzydła na światowych rynkach, pozostawiając swój wrocławski, nagle przestarzały i zbyt wielki gmach na pastwę powolnej degradacji i komercjalizacji na rzecz szkół językowych czy prywatnych gabinetów. Zimny, nieatrakcyjny budynek na skrzyżowaniu, na placu uhonorowanym w 2006 roku imieniem papieża-Polaka, Jana Pawła II, padł wkrótce ofiarą bolesnego wizualnego wandalizmu, szczelnie przykryty na gładkiej elewacji gigantycznymi siatkami reklamowymi, co sprawiło, że poirytowani „szyldozą” mieszkańcy zaczęli go traktować jako absolutną architektoniczną zakałę śródmieścia.
Biurowiec Cuprum nie był tak wielki bez powodu. W czasach świetności (od lat 60. do końca lat 80.) budynek ten pełnił funkcję intelektualnego „mózgu” dla całego powstającego Legnicko-Głogowskiego Okręgu Miedziowego (LGOM). KGHM budował od zera kopalnie, huty, zakłady wzbogacania rud i całą infrastrukturę przemysłową, a to wymagało potężnego zaplecza naukowo-inżynieryjnego.
Dlaczego budynek musiał być aż tak duży?
Głównym powodem, dla którego Zakłady Badawcze i Projektowe „Cuprum” potrzebowały tak gigantycznej przestrzeni, była technologia tamtych czasów. W latach 60., 70. i 80. nie było komputerów, programów typu AutoCAD ani cyfrowych dysków. Setki desek kreślarskich: Każdy szyb kopalniany, system wentylacyjny czy plan huty musiał być narysowany ręcznie. W Cuprum pracowały setki inżynierów, architektów i kreślarzy, a każdy z nich potrzebował miejsca na wielką deskę kreślarską.Potężne archiwa i papierowa dokumentacja: Dokumentacja dla jednej kopalni to były dosłownie tony papieru, kalki i światłokopii. Budynek musiał pomieścić ogromne archiwa zakładowe, pokoje z maszynami powielającymi oraz przestrzenie do analizy wielkoformatowych map geologicznych.


Gdy w latach 90. i dwutysięcznych weszła komputeryzacja, okazało się, że pracę kilkudziesięciu kreślarzy z całego piętra można przenieść do jednego pokoju z kilkoma stanowiskami komputerowymi. Nagle KGHM przestał potrzebować aż tak wielkiego gmachu, co zbiegło się w czasie z wynajmowaniem wolnych przestrzeni innym firmom.
Co dokładnie znajdowało się w pomieszczeniach?
Zanim pokoje w Cuprum przerobiono na tanie biura pod wynajem, gmach tętnił życiem naukowym i projektowym. Wewnątrz znajdowały się wyspecjalizowane zakłady, pracownie i laboratoria, z których każde miało własne piętro lub skrzydło. Mieściły się tam m.in.:
Pracownie geologiczne i mechaniki górotworu: To tam analizowano próbki skał z odwiertów i obliczano, jak głęboko i w jaki sposób można bezpiecznie drążyć tunele pod ziemią.
Zakład aerologii górniczej: Pokój po pokoju projektowano skomplikowane systemy wentylacyjne, które musiały dostarczyć tlen górnikom pracującym kilometr pod ziemią i odprowadzić niebezpieczne gazy.
Biura projektowe budownictwa przemysłowego: Zespoły inżynierów projektowały tu konstrukcje szybów, taśmociągów, hal produkcyjnych i hut.
Laboratoria ochrony środowiska: Z czasem, gdy przemysł miedziowy zaczął zwracać uwagę na ekologię, w Cuprum powstawały projekty redukcji emisji szkodliwych gazów i pyłów.
Zakład psychologii stosowanej: Co ciekawe, w Cuprum badano również ergonomię i psychologię pracy w ekstremalnych warunkach podziemnych, aby minimalizować ryzyko wypadków wśród górników.
W wielkim skrócie: budynek Cuprum był w czasach PRL-u jednym z największych biur inżynieryjnych w Polsce. Gigantyczny metraż był absolutnie niezbędny do pomieszczenia armii inżynierów pracujących na papierze nad tym, by KGHM mógł stać się miedziową potęgą.
Ostateczny, brutalny wyrok zapadł na szczeblu KGHM TFI w 2015 roku, kiedy to z powodu całkowitej nieopłacalności ekologicznej i pożarowej adaptacji, potężna koparka gąsienicowa z teleskopowym ramieniem powoli, piętro po piętrze, z niesamowitym hukiem gniecionego żelbetu i trzeszczeniem stali, mechanicznie „pożerała” budynek na oczach setek zafascynowanych gapiów. Teren obficie polewano wodą aby ograniczyć kłęby kurzu unoszące się nad okolicą. Po tej trwającej od kwietnia do lipca agonii ocalała na moment jedynie obietnica powstania ponad trzydziestotysięcznego kompleksu Cuprum Square według projektu Medusagroup z Bytomia, z podziemną halą i przestrzenią konferencyjną, zaplanowanego na rok 2018. Niestety, wiatr hulał tylko przez pięć lat pośród siatek i samosiejek, aż do połowy 2020 roku, gdy KGHM ostatecznie wycofał się z marzeń, oddając plac w marcu 2021 roku w pewne ręce renomowanej szwedzkiej firmy Skanska, znanej w mieście z ekologicznych cudów takich jak Centrum Południe.
Po latach ciszy i przelotnych nadziejach związanych z czerwcową przebudową sieci ciepłowniczych w 2023 roku, w styczniu 2026 roku deweloper ten milcząco, ze względu na giełdowy status, zdobył prawomocne pozwolenie na budowę dwóch trzydziestometrowych budynków usługowo-biurowych z podziemnymi garażami, które transparentną, szklaną pierzeją mają na nowo, gościnnie zepiąć Stare Miasto z Przedmieściem Mikołajskim, wpisując się doskonale w krajobraz nowego wrocławskiego City, wyrastającego dumnie obok ekologicznego wieżowca Infinity i kolosalnej, liczącej 140 metrów Quorum Tower od Cavatina Holding.
Na sam koniec tej sentymentalnej wędrówki, mój wytrwały czytelniku, pochylmy się z czułością nad ukrytymi smaczkami tej niesamowitej, wielowarstwowej historii, która jawi się nam niczym porywający architektoniczny palimpsest z betonu, kurzu i miedzi.
Zapewne niewielu pamięta, że podziemia Cuprum kryły zrealizowany w dobie zimnej wojny pancerny schron o potężnych, żelbetowych ścianach fundamentowych i układzie korytarzy, które z niesamowitym uporem wydłużały proces rozbiórki w 2015 roku, ani tego, że na dachu przez dekady jaśniał wspaniały neon z logo KGHM-u i napisem „Cuprum”, będący prawdziwą świetlną latarnią zachodniej części Starego Miasta. Co więcej, rzetelne badania geofizyczne bezsprzecznie potwierdziły obecność fundamentów zewnętrznych obwarowań dawnej, zniszczonej w 1813 roku Bramy Mikołajskiej w północno-wschodniej części tego terenu inwestycyjnego, a sam budynek bywał i wciąż jest nagminnie mylony przez wrocławian z oddanym pod koniec lat dziewięćdziesiątych, wciąż pełniącym swoje biznesowe funkcje biurowcem Cuprum Novum przy ulicy generała Władysława Sikorskiego.
Opowieść o losach tego jednego skrzyżowania to jakże fascynująca w swej istocie soczewka, w której skupia się skondensowana historia całej niemalże Europy, w której średniowieczna warownia ustąpiła miejsca dumnemu pruskiemu kapitalizmowi, ten z kolei padł ofiarą wojennej zagłady na rzecz socjalistycznej industrializacji opozycjonistów, by ostatecznie przez mechaniczny demontaż dzikiego kapitalizmu przejść pod opiekuńcze skrzydła szwedzkiego kapitału z certyfikatami LEED Platinum i WELL.
Kiedy więc dziś z zadumą depczę po cyfrowych światłowodach przyszłości, gotyckiej cegle i piaskowcu pruskich fontann, przypomina mi się zawsze, że gdzieś w głębi wciąż unosi się niewidzialne widmo polskiej miedzi, jedną, uniwersalną i piękną w swej melancholii prawdę, iż w zderzeniu z nurtem przemijającego czasu absolutnie nic na tym świecie nie potrafi trwać wiecznie, nawet największy beton, a nadchodzący kompleks otworzy po prostu kolejny rozdział dziedzictwa naszego ukochanego śródmieścia.