Chrystus Zmartwychwstaly Gosen

Dziedziniec Ossolineum. Wrocław. Jedno z tych miejsc, które omija się w pośpiechu, bo co tam – ogród, ławki, studenci z książkami. Turyści. Ale ja jak zwykle się nie spieszę, mimo że już jestem spóźniony. Artyści mają ten przywilej.
I wtedy go widzę.
Postument z piaskowca. A na nim – brązowa figura. Chrystus Zmartwychwstały. Stopy uniesione, jakby właśnie się unosił, jakby ascendował. Ramiona wzniesione, jakby chciał objąć niebo. Albo nas. Albo tych, których nazwiska wyryte są w kamieniu pod nim.
Sto osiemdziesiąt trzy nazwiska. Liczę? Nie, nie liczę. Ktoś policzył przede mną, dawno temu. Uczniowie i nauczyciele gimnazjum św. Macieja. Niemcy, Polacy, Żydzi. Polegli w pierwszej wojnie światowej.
Siadam na ławce naprzeciwko. Jest cicho. Tak cicho, że słyszę własne myśli.
1922 rok. Theodor von Gosen – rzeźbiarz, którego ręce ukształtowały tyle wrocławskich pomników – stawia tu obelisk. Na kamieniu ryje nazwiska. Obok nich – krzyż i gwiazda Dawida. Razem. Na jednym kamieniu. Jakby to było oczywiste.
I może wtedy było.
Fragment wiersza, wyrytego w piaskowcu, mówi coś o wolności. O ojczyźnie. O braciach na górze, do których można dołączyć. Nie wiem, czy to nadzieja, czy rezygnacja. Może jedno i drugie. Może tak właśnie wygląda żałoba wykuta w kamieniu.
Na szczycie – Chrystus. Symbol nadziei. Odkupienia. Hołdu dla wszystkich, niezależnie od tego, w jakim języku się modlili.

Chrystus Zmartwychwstały Gosen


Odsłonięto go 6 listopada 1922 roku.
A potem… potem przyszło to, co zawsze przychodzi. Historia.
Po wojnie pomnik zniknął.
Tak po prostu. Jak wiele rzeczy w tym mieście – przepadł. Może go zasypano, może rozbito, może ktoś uznał, że niemieckie nazwiska nie pasują do nowego porządku. Nie wiem. Nikt nie wie. Przez dziesięciolecia nikt nawet nie pytał.
Wrocław zmieniał się. Odbudowy, przesiedlenia, nowi ludzie, nowe historie. Stare – zakopywane. Dosłownie i w przenośni.
Figura Chrystusa? Gdzieś się zawieruszyła. Postument? Pod gruzami. Nazwiska? W archiwach, które nikt nie otwierał.
Siedzę i myślę o tym, jak łatwo zapomnieć. Jak szybko pamięć zamienia się w pustkę, a pustka – w ciszę, której nikt nie chce słuchać.
Ale czasem historia lubi zaskakiwać.
Lata 2000-2003. Remonty w Ossolineum. Robotnicy kopią dziedziniec i natrafiają na coś dziwnego. Blok piaskowca, zwężający się ku dołowi. Postument. Ten postument.
A gdzieś indziej – na strychu kościoła św. Macieja, wśród starych rupieci i porzuconych przedmiotów – leży figura. Brązowa. Około 90 centymetrów choć na tyle nie wygląda. Chrystus ze wzniesionymi ramionami.
Podobno przypomniał sobie o niej historyk – dr Romuald Kaczmarek. „Figura leżąca na strychu kościoła uniwersyteckiego” – tak to określił. Jakby opowiadał o zagubionym skarbie. Bo tym właśnie była.
Nie wiem, jak to jest – znaleźć coś, o czym wszyscy zapomnieli. Czy serce bije szybciej? Czy ręce się trzęsą? Czy człowiek od razu rozumie, co trzyma?
Pewnie nie od razu. Pewnie dopiero potem, gdy puzzle zaczynają pasować.
18 listopada 2007 roku.
Pomnik wraca na swoje miejsce. Po osiemdziesięciu pięciu latach. Po wojnach, po zapomnieniu, po latach leżenia pod gruzami i na strychach.
Uroczystość. Arcybiskup Marian Gołębiewski. Profesor Norman Davies. Ludzie, którzy rozumieją, że historia to nie tylko daty w podręcznikach – to kamień, brąz, nazwiska.

chrystus zmartwychwstały gosen tablica


I gest. Symboliczny gest pojednania.
Bo ci, których tu upamiętnia – Niemcy, Polacy, Żydzi – byli uczniami jednej szkoły. Chodzili tymi samymi korytarzami. Może się kłócili, może się przyjaźnili, może jedni drugim podpowiadali na klasówkach. A potem poszli na wojnę. I nie wrócili. Wszyscy.
Siedzę na tej ławce i myślę o mozaice.
Przed wojną Breslau było miastem mozaiki. Języki, religie, tradycje – wszystko wymieszane, wszystko jakoś koegzystujące. Nie idealnie. Nigdy nie jest idealnie. Ale było.
A potem ktoś uznał, że mozaika to za mało. Że trzeba jednego koloru. Jednego języka. Jednej prawdy.
I mozaika pękła.
Ten pomnik – ten kawał piaskowca z brązowym Chrystusem na szczycie – jest fragmentem tamtej mozaiki. Odkopanym, odkurzonym, przywróconym. Nie całą układanką. Tylko kawałkiem. Ale kawałkiem, który mówi: byliśmy tu. Razem. Różni. I zginęliśmy razem.
Jest taka anegdota. Ponoć figura Chrystusa została odnaleziona, bo ktoś zobaczył stare zdjęcie. Albo ogłoszenie. Albo coś w archiwach, co przypomniało o jej istnieniu.
Szczegóły się zmieniają, w zależności od tego, kto opowiada. Czasem z nutą sensacji, czasem ze wzruszeniem. Tak to jest z historiami, które przeszły przez wiele ust – obrastają legendą. I może to dobrze. Może historia potrzebuje trochę legendy, żeby przetrwać.
Bo fakty – suche, dokumentalne – łatwo zamknąć w archiwum. A opowieści żyją. Krążą. Przechodzą z pokolenia na pokolenie.
Nie wiem, która wersja jest prawdziwa. I może to nieważne.
Ważne, że stoi tu teraz. Że ramiona Chrystusa nadal są wzniesione. Że nazwiska nadal można przeczytać, jeśli ktoś zechce się pochylić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *