Szczęście świata
Włóczę się bez celu. Jak zwykle. Gdzie mnie oczy i nogi poniosą. Mosty Uniwersyteckie. Cypel Kępy Mieszczańskiej. I wtedy ją widzę. Kobieta. Brodzi przez wodę. Dźwiga naręcze książek. Nie wiedziałem, że tu stoi. Trafiłem na nią przypadkiem. Pomnik Powodzianki autorstwa Stanisława Wysockiego. Odsłonięty w pierwszą rocznicę powodzi tysiąclecia.
Patrzę na jej twarz. Nie ma twarzy. To celowe. To hołd dla wszystkich bezimiennych wolontariuszy, którzy wtedy nie pytali „dlaczego?”, tylko stanęli do pracy.
Stoi zaledwie sto metrów od gmachu głównego Uniwersytetu. Patrzy w stronę rzeki, która tak dotkliwie doświadczyła miasto.
I nagle wracają wspomnienia. Jak fala. Jak powódź.

Lipiec 1997.
Idę przez opustoszały Wrocław.
Wszędzie barykady z worków z piasku. Mam poobcierane stopy, ale idę dalej. Ulice wymarłe. Świat zamarł. Wszyscy wiedzieli, że za chwilę nastąpi katastrofa. Pochowali się w domach, mieszkaniach. Pozamykali okiennice. Miasto wymarło. Pozostało palące słońce cisza. Taka cisza, że słyszę własne kroki. Własny oddech. Własne myśli.
Idę Ruską. Wchodzę na Kazimierza. I nagle – tłum. Ludzie oblegają cysternę z wodą. Stoją w kolejce. Inni dobiegają z butelkami, wiaderkami, jakimiś naczyniami – co kto ma. Myślą, że jak katastrofa nadejdzie, to przeżyją. Łapią się ostatniej nadziei.
Nie wiedzą, że nadzieja umiera ostatnia.
Przeskakuję barykadę z worków. Idę dalej Ruską. Znów pusto. Ani żywej duszy.
Na Placu Solnym dopadają mnie młodzi – chłopak i dziewczyna. Pytają, czy nie pomógłbym przy ratowaniu książek w bibliotece uniwersyteckiej. Rozpaczliwie potrzebują ludzi.
Nie – mówię. Idę na Ostrów Tumski. Nie Mogę.
Ale… a może. Chyba chwila mnie nie zbawi. Na chwilę mogę się zatrzymać. Pomóc.
OK. Zmieniam kierunek. Ruszam do biblioteki. Wokół znów puste miasto. Żadnego ruchu. Tylko palące słońce. Jakby czas się zatrzymał. Pcham wielkie drzwi gmachu.
I uderza we mnie harmider. Jakby ktoś walnął mnie młotkiem w głowę. Kontrast niesamowity. Jakbym wszedł do innego świata. Z ciszy – w nawałnicę burzy.
Dopiero później dowiedziałem się, co tak naprawdę się tu działo. Że w magazynach znajdowały się bezcenne starodruki i rękopisy – dziedzictwo, którego nie dało się wycenić. Że sytuacja wydawała się beznadziejna. Że woda wdzierała się sukcesywnie.
Ale wtedy tego nie wiedziałem. Widziałem tylko ludzi.
Po środku wężyk z młodzieży. Od piwnicy, przez hall, do czytelni. Podają sobie książki z rąk do rąk. Jak w czasie pożaru w XVIII wieku – mieszkańcy wiadra z wodą. Gadają, śmieją się, przekrzykują nawzajem. Dziesiątki ludzi. Studenci, profesorowie, bibliotekarze, przypadkowi mieszkańcy. Wszyscy razem. Żywy łańcuch.
Wyglądało jakby to nie była ciężka praca tylko zabawa. Spotkanie jakiegoś stowarzyszenia.
Ruszam do czytelni. Rozkładam mokre książki. Śmierdzą czymś dziwnym. Niektóre mokre całe, inne częściowo, rzadko suche. Nie przyglądam im się. Po co. Nieistotne.
– Potrzebni ludzie na dole! – ktoś krzyczy.
Idę do piwnicy. Przeciskam się między ludźmi w zejściu. Ostatnie schody toną w wodzie. Smród się bardzo nasila. Rozpoznaję zapach.
To klej zmieszany ze starymi szmatami. Zamoczona skóra. Rozmoknięty stary papier.
Woda szara, gęsta, prawie papka. Ludzie po pas w wodzie. Wężyk rzadszy, ale wciąż zachowana ciągłość. Podają sobie książki. Ktoś – chyba kierownik jakiegoś oddziału – dosłownie nurkuje w tej brudnej wodzie, wyławiając zatopione egzemplarze.
Wchodzę do lodowatej wody. I wychodzę. Woda jest za zimna. Za brudna. Za bardzo śmierdząca. Boję sie o moje krwawiące stopy. Nie daję rady. Wychodzę na górę, pomagam przy rozkładaniu książek. Gdzie się tylko da – na stołach, podłodze, parapetach obok doniczek, jakichś stojakach.
Ludzie, przywieźli jedzenie – ktoś krzyczy.
Idę do wyjścia. Wychodzę z chłodu budynku w żar placu. Stoi samochód-chłodnia z otwartymi drzwiami. Jakiś człwoek z tej chłodni rozdaje jakieś produkty. Las rąk błyskawicznie opróżnia lodówkę. Czekam, aż się trochę przerzeodzi. Nie lubię ścisku.
Kto to? – pytam.
– To właściciel sklepu. Wyłączyli prąd w centrum i wszystko by mu się zepsuło, więc rozdaje. Usłyszał o akcji w bibliotece, więc przyjechał.
Dostałem serek i litr mleka. Jeszcze wtedy w woreczku foliowym. To było najsmaczniejsze mleko, jakie kiedykolwiek piłem. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo mi się chciało pić.
Nawet nie wiem, kiedy zrobiło się ciemno. Widziałem dwóch profesorów, którzy próbowali ogarnąć całą tę hałastrę. Na szczęście hałastra sama wiedziała, co robić.
Skończyło się miejsce na podłodze. Jeden z profesorów poszedł po klucz od wieży. Zaczęliśmy rozkładać książki na schodach.
Wszędzie płonęły świeczki. Ludzi zostało niewielu. Większość się porozchodziła. Jakoś tak pomału, niezauważalnie. Zostało parę osób.
Profesor gdzieś zniknął i pojawił się z jakąś alkoholową samoróbką.
Było magicznie. Jak z jakiegoś filmu fantasy. Wszędzie świeczki. Książki. Mieliśmy dwa kubki, więc piliśmy z nich na zmianę. Dobre było. Może to nastrój. Może to magia nierealizmu sytuacji. Wyjątkowość miejsca i czasu. Tyle ognia w bibliotece – i nikt go nie gasił. Wejście na wieżę otwarte na oścież. Widać schody oświetlone świeczkami i porozkładane do góry grzbietami książki. Klimatycznie. Nastrojowo.
Wieża matematyczna.
W tym dniu magia się tu urodziła. Tak cicho. Nienaturalnie cicho. Gdzieś zniknął szum miasta. Cisza aż dzwoniła w uszach.
Profesor spisał trochę nazwisk.
– To na tablicę pamiątkową. Na cześć ludzi, którzy uratowali księgozbiór.
Nie wiem, czy moje było wśród nich. Nie pytałem.

Dopiero potem dowiedziałem się, że z milionów pozycji ucierpiało „tylko” kilka tysięcy. Później je ratowano. Słowa, które wtedy nic dla mnie nie znaczyły. Ale znaczyły wszystko dla tych książek 9i ludzi, którzy ssię nimi opiekowali.
Czas było wracać do domu.
Wyszedłem. I stanąłem jak wryty.
Było tak ciemno, że nie było nic widać. Otwarte drzwi były jak wrota do innego świata. Mówią, że im większa ciemność, tym jaśniej świeci światło.
I tak właśnie było.
A ja musiałem dojść do domu. Prawie po omacku, bo nic się w mieście nie świeciło. Na szczęście po chwili oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Dało się iść. I nie wpaść na barykady z worków piasku. Szedłem przez martwe miasto.
Myślałem o tych książkach. O tej wodzie po pas. O smrodzie kleju i rozmoknięego papieru. O świeczkach na schodach wieży. O profesorze z samoróbką. O właścicielu sklepu, który przyjechał z chłodnią, bo mu się jedzenie psuło. O tym facecie, który nurkował w brudnej wodzie, żeby wyłowić kolejny tom.
O ludziach, którzy przyszli ratować coś, co nie było ich, ale było spuścizną nas wszystkich.
Stoję teraz przed Powodzianką.
Tyle lat minęło. Ona wciąż brodzi przez wodę. Wciąż dźwiga te książki. Nie ma twarzy – ale mogłaby mieć moją. Mogłaby mieć twarz tego chłopaka z Placu Solnego. Tej dziewczyny, która mnie zaczepiła. Profesora z samoróbką. Właściciela sklepu z chłodnią. Tego, który nurkował.
Wszystkich nas.
Patrzę na nią i myślę – może o to chodzi w katastrofie. Że wydobywa z ludzi to, co w nich najlepsze. Albo najgorsze. Zależy, gdzie trafisz.
Ja trafiłem dobrze.
Są dni, które się zapomina. I są dni, które zostają na zawsze. Ten – z mokrymi książkami, świeczkami i mlekiem w woreczku – został. Gdzieś w sercu i czasem wraca. W ciszy. Kiedy miasto śpi. I nikt nie patrzy. Kiedy włóczę się bez celu i trafiam na pomniki, o których nie wiedziałem, że istnieją.