Pietucha lokomotywa

Dworzec Główny. Nie wsiadam do pociągu – idę wzdłuż torów, tam gdzie turyści nie zaglądają. Bocznice, hale, stare warsztaty, rdzawe tory, cisza, zapach smaru i starych podkładów. I coś, co nie pasuje do tego krajobrazu – albo pasuje aż za bardzo. Czarna, potężna, nieruchoma. Parowóz. Śpi tu od lat, jakby czekała na pociąg, który już nigdy nie odjedzie.

Pt47-94. Tak przynajmniej mówią tabliczki. Ale prawda jest bardziej zagmatwana – badacze historii kolei ustalili, że to tak naprawdę Pt47-20. Podmiana numerów nastąpiła gdzieś na przełomie lat 80. i 90., podczas renowacji. Dlaczego? Nikt już dokładnie nie pamięta. Może dla uproszczenia, może przez pomyłkę, może dlatego, że w tamtych czasach ważniejsze było, żeby maszyna w ogóle przetrwała, niż żeby miała właściwy numer na boku.

Stoję przed nią i patrzę. Stalowa sylwetka, czarno-czerwone barwy, tender z tyłu jak wierny towarzysz. Kolejarze nazywali te lokomotywy „Petuchami” – pieszczotliwie, jak się nazywa kogoś bliskiego. I rzeczywiście – jest w tej maszynie coś, co budzi czułość. Może te proporcje, potężne a jednocześnie eleganckie. Może świadomość, że kiedyś pędziła 110 kilometrów na godzinę, ciągnąc za sobą najcięższe składy. Ekspresowe, dalekobieżne, te najważniejsze.

Petuchy były dumą powojennej polskiej kolei. Jeździły praktycznie po całej Polsce – Wrocław, Poznań, Ostrów Wielkopolski. Prowadziły pociągi, które łączyły miasta, ludzi, historie. A potem przyszły lata 80. i lokomotywy elektryczne. Spalinowe. Szybsze, cichsze, wygodniejsze. Para przegrała z prądem. Petuchy zaczęły znikać ze szlaków, jedna po drugiej. Większość skończyła pocięta na żyletki. Metal na wagę, historia na śmietnik.

Ale ta przetrwała.

Trafiła tu dzięki determinacji jednego człowieka. Felicjan D. – maszynista, działacz Solidarności, pasjonat. Wywalczył sprowadzenie tej maszyny do Wrocławia, żeby ocalić ją przed złomowiskiem. Żeby stała tu jako pomnik techniki, jako świadek czasów, gdy para rządziła na torach. Nie wiem, czy ktoś jeszcze o nim pamięta. Nie wiem, czy ktoś mu podziękował. Ale dzięki niemu mogę tu teraz stać i patrzeć na coś, czego już prawie nie ma.

Podchodzę bliżej. Tender – ten „wagonik na węgiel”, jak mówią laicy – jest nierozerwalnie połączony z parowozem. Produkowano je we Wrocławiu, w zakładach Pafawag. Mieściło się w nim siedemnaście ton węgla i ponad trzydzieści metrów sześciennych wody. Niektóre miały specjalny podajnik węgla, żeby palacz nie musiał machać łopatą przez całą drogę. Wyobrażam sobie tę pracę – żar, kurz, huk, pot. Ludzie, którzy karmili tę maszynę, żeby mogła biec. Żeby mogła żyć.

Bo parowóz to nie jest martwy mechanizm. To coś, co oddycha. Dyszy. Sapie. Wypuszcza parę jak zmęczony olbrzym. Przynajmniej kiedyś tak było. Teraz stoi cicho. Nie dymi. Nie sapie. Śpi.

Kilka lat temu przeszła odświeżenie – nowa farba, czarno-czerwone barwy znów błyszczą. Ładnie wygląda. Zadbana. Ale to trochę jak ubrać babcię w nową sukienkę i posadzić w fotelu. Ładnie, ale smutno. Bo wiadomo, że już nie zatańczy.

Siadam na jakiejś betonowej podstawie obok torów. Patrzę na Petuchę i myślę o czasie. O tym, jak szybko rzeczy stają się zabytkami. Jak łatwo zapomnieć. Jak mało trzeba, żeby coś, co było dumą i potęgą, stało się ciekawostką na bocznicy, którą mijają pociągi w drodze do Kłodzka albo Opola.

Pasażerowie patrzą przez okno i widzą stalową sylwetkę. Przez sekundę, może dwie. Potem znika za zakrętem. Pewnie większość nie wie, na co patrzy. Nie wie, że ta maszyna kiedyś pędziła szybciej niż ich pociąg. Że ciągnęła cięższe składy. Że ludzie nazywali ją Petuchą i klepali po kotle jak wiernego konia.

Wstaję. Idę z powrotem w stronę dworca. Za plecami zostaje ona – Śpiąca Królewna z bocznicy. Czeka. Nie wiem na co. Może na nic. Może wystarczy, że jest. Że przetrwała. Że ktoś się o nią zatroszczył, gdy inni widzieli tylko złom.

Są maszyny, które służyły i odeszły. I są takie, które stoją i pamiętają. Petucha pod Dworcem Głównym jest jedną z tych drugich. Nie jedzie już nigdzie. Ale wciąż jest w drodze – w drodze przez czas, przez pamięć, przez spojrzenia tych, którzy potrafią się zatrzymać. I przez chwilę usłyszeć ciszę tam, gdzie kiedyś było sapanie pary.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *