Czy można tęsknić za czymś, czego nigdy się nie widziało? Za miejscem, które istniało tylko na starych pocztówkach? Za posągiem, który zniknął, zanim się urodziłem?
Stoję na skwerze Zbyszka Cybulskiego, u zbiegu Mickiewicza i Wróblewskiego, i patrzę na Dianę. Bogini łowów. Włócznia w dłoni, napięta poza, dwa psy myśliwskie u stóp. Brąz błyszczy w popołudniowym słońcu. Wygląda, jakby była tu od zawsze.
Ale nie była. To rekonstrukcja. Kopia czegoś, co zniknęło siedemdziesiąt lat temu.
Oryginał stworzył Ernst Seger – rzeźbiarz z Nowej Rudy, absolwent wrocławskiej Kunstschule, potem studia w Paryżu. Twórca fontannianego kompleksu „Walka i zwycięstwo”. Odsłonięto go w sierpniu 1898 roku. Diana stała się ikoną Breslau – zdobiła pocztówki, przyciągała spacerowiczów, strzegła wejścia do „Ogrodu Diany” z iglakami i alpejską florą. Była częścią tego miasta, zanim miasto zmieniło imię.
A potem przyszedł 1945 rok. Festung Breslau. Walki, zniszczenia, ogień. Diana zniknęła. Prawdopodobnie zniszczona. Może przetopiona na kule. Nikt nie wie dokładnie. Został tylko kamienny cokół – pusty, osierocony, czekający na kogoś, kto już nie wróci.
Przez siedemdziesiąt lat to miejsce było puste. Ludzie przechodzili obok, nie wiedząc, że czegoś brakuje. Że kiedyś stała tu bogini z włócznią i psami. Że ktoś ją kochał na tyle, żeby umieszczać na pocztówkach.
A potem ktoś postanowił ją przywrócić.
Towarzystwo Miłośników Wrocławia. Polski Związek Łowiecki – bo Diana to przecież bogini łowów. Mieszkańcy, którzy złożyli się na zbiórkę – 290 tysięcy złotych. Rzeźbiarz Ryszard Zarycki, który przez rok odtwarzał coś, co istniało tylko na fotografiach i w opisach. Trzysta tysięcy złotych, tysiące godzin pracy, i w końcu – 10 września 2015 roku – Diana wróciła. Tylko nie jestem pewien czy to właściwe określenie.
Stoję przed nią i zastanawiam się, co to znaczy „wrócić”. Czy kopia jest powrotem? Czy odtworzenie jest tym samym co oryginał? Czy można wskrzesić coś, co umarło, dając mu nowe ciało z brązu?
Może tak. A może to coś innego. Może to nie jest wskrzeszenie, tylko nowe narodziny. Diana 2015 nie jest Dianą 1898 – ale jest czymś, co z niej wyrasta. Echem. Śladem. Obietnicą, że niektóre rzeczy mogą przetrwać nawet zniszczenie.
Park Szczytnicki rozciąga się wokół – zielone płuco Wrocławia, kiedyś Breslau. Zanim stał się parkiem, był lasem łowieckim Fryderyka Wielkiego. Szlachta polowała tu na jelenie i dziki. Potem przyszła urbanizacja – tor wyścigowy w 1833, Zoo, Hala Stulecia. Las zamienił się w miejsce spacerów i rekreacji. Ale Diana została – łącząc stare z nowym, łowiectwo szlacheckie z miejskim odpoczynkiem.
Patrzę na jej twarz. Skupiona, napięta, gotowa do skoku. Psy przy jej nogach też są w napięciu – węszą, szukają, czekają na sygnał. To nie jest posąg spokoju. To jest posąg ruchu zamrożonego w brązie. Chwila przed czymś. Wdech przed strzałem.
Czy tak wyglądało Breslau przed 1945? Napięte, gotowe, nieświadome tego, co nadejdzie?
Siadam na ławce i myślę o tym, co łączy mnie z tą Dianą. Nie widziałem oryginału. Nie chodziłem po przedwojennym parku. Nie znam języka, którym mówili ludzie, którzy ją podziwiali. A jednak – jest mi bliska. Jakoś. Nielogicznie. Jakby pamięć mogła przechodzić przez pokolenia, nawet gdy nie ma co pamiętać.
Może o to chodzi w rekonstrukcjach. Nie o wierność oryginałowi. Nie o historyczną dokładność. Ale o potrzebę – ludzką, głęboką, może naiwną – żeby niektóre rzeczy trwały. Żeby nie wszystko ginęło bezpowrotnie. Żeby można było stanąć przed posągiem i powiedzieć: to było tutaj. Ktoś to kochał. Ktoś za tym tęsknił. I dlatego jest tu znowu.
Wstaję. Słońce schodzi niżej, cienie się wydłużają. Diana stoi, gdzie stała jej poprzedniczka – strzegąc wejścia do parku, do Zoo, do Hali Stulecia. Jakby siedemdziesiąt lat nieobecności było tylko chwilą. Jakby brąz mógł pokonać czas.
Idę w stronę Odry. Za plecami zostaje bogini z włócznią i psami. Stara-nowa. Odtworzona. Wskrzeszona. A może – po prostu – obecna. Bo może to wystarczy. Nie być oryginałem. Być tym, co zostało. Tym, co wróciło. Tym, co nie pozwoliło, żeby pustka była ostatnim słowem.
Są rzeczy, które giną na zawsze. I są takie, które wracają – w innej formie, z innego brązu, pod innym niebem. Diana polująca stoi dziś tam, gdzie stała ponad sto lat temu. Nie jest tą samą Dianą. Ale może to nie ma znaczenia. Może znaczenie ma tylko to, że ktoś chciał, żeby wróciła. I że znowu jest.