Pomnik pomordowanych zakładników w Nowym Sączu

Nie zawsze trafiam w piękne i miłe miejsca. Lśniące i błyszczące ale takie szare, brzydkie i niepokojące. Dziś w takie miejsce mnie przyniosło. Nie planowałem tego ale tu jestem. Widzę rzeźbę, która nie pozwala przejść obok w ciszy bo jej widok głośno krzyczy.

Na skraju Parku Słowackiego, przed wejściem do Muzeum Architektury, stoi coś, co trudno nazwać pomnikiem. Betonowe kształty na trawiastym wzniesieniu. Nieregularne, brudne, jakby ktoś je wykopał z ziemi. Jakby ziemia nie chciała ich trzymać.

Pomnik Rozstrzelanych Zakładników z Nowego Sącza. Władysław Hasior. Lata 1966–1968.

Podchodzę bliżej i czuję opór. Własny opór. Nie chcę na to patrzeć. A jednak patrzę.

Postacie z rozłożonymi rękami. Jakby ukrzyżowane. Jakby padające. Jakby wołające o coś, czego nikt nie usłyszał. Beton ma fakturę rozszarpanego ciała – nierówny, pęknięty, z wystającymi prętami zbrojeniowymi. To nie jest rzeźba. To jest rana.

Co łączy Wrocław z Nowym Sączem? Na pierwszy rzut oka – nic. Setki kilometrów, inne regiony, inne historie. A jednak jest ślad. Mroczny, bolesny, pozostawiony w dokumentach sądowych.

21 sierpnia 1941 roku. Biegonice pod Nowym Sączem. Niemcy rozstrzeliwują czterdziestu pięciu zakładników. Odwet za akcję polskiego ruchu oporu. Czterdziestu pięciu ludzi – za coś, czego nie zrobili. Za to, że inni walczyli.

Ale wyrok nie padł w Nowym Sączu. Wyrok wydał Sąd Specjalny (Sondergericht) w Breslau. Stąd, z tego miasta, wyszedł rozkaz, który zakończył czterdzieści pięć żyć. I dlatego pomnik stoi tutaj. W mieście, które podpisało wyrok śmierci.

Po wojnie, w latach 60., narodziła się idea: niech w miejscu, z którego wyszła zbrodnia, stanie świadectwo. Niech Wrocław pamięta, czym było Breslau. Niech kamień – a właściwie beton – odpowie za papier.

Hasior używał techniki, którą nazywał „ekshumacją”. Kopał doły w ziemi, wlewał beton z prętami, a po zastygnięciu wydobywał formy. Wydobywał. Jakby wyciągał zmarłych z grobów. Jakby odwracał proces pochówku. Jakby mówił: nie pozwolę wam zapomnieć.

Czterdziestu pięciu ludzi zginęło w Nowym Sączu. Egzekucja. Daty, fakty, liczby. Ale to nie o daty chodzi. Chodzi o coś, co zostaje, gdy fakty już uschną w podręcznikach. Chodzi o ból, który nie mieści się w słowach. Więc Hasior zamknął go w betonie.

Siedzę na murku naprzeciwko i próbuję zrozumieć. W klatkach piersiowych tych postaci są metalowe koryta. Kiedyś – w latach 70. – nalewano tam paliwo i podpalano. Pomnik płonął. Płonące ciała zakładników. Teatr traumy, mówił Hasior. Chciał dyskomfortu. Chciał, żeby ludzie czuli grozę, nie tylko o niej czytali.

Dziś koryta są puste. Zabezpieczone podczas renowacji w 2022 roku. Ogień wygasł. Została tylko forma – i pytanie, czy umiemy jeszcze patrzeć na to, co boli.

Ten pomnik miał stać w Nowym Sączu. Ale go odrzucili. Dwa razy. Najpierw za religijny wydźwięk – te rozłożone ręce, ten ukrzyżowany gest. Potem za skojarzenia z partyzantem „Ogień”, Józefem Kurasiem, wrogiem władzy PRL. Model triumfował na Biennale w Wenecji w 1970 roku, a potem utknął w magazynach. Nikt go nie chciał.

Wrocławskie Muzeum Architektury go uratowało. W 1971 roku kupiło „paskudztwo” i postawiło tutaj, na tym trawiastym wzniesieniu. Hasior sam wybrał miejsce – chciał, żeby surowy beton kontrastował z zielenią parku.

I kontrastuje. Do dziś. Wokół drzewa, kwiaty, ławki. Ludzie spacerują z dziećmi, biegają, wyprowadzają psy. A pośrodku – to. Wyrwa. Rana. Krzyk zamrożony w betonie.

Myślę o tym, że piękne pomniki łatwo mijać. Stoją, błyszczą, przypominają o czymś, co było dawno i daleko. Można skinąć głową i iść dalej. Ale to? Tego nie da się minąć. To zatrzymuje. Niepokoi. Żąda odpowiedzi na pytania, których nie chcemy zadawać.

Co czuli tamci ludzie? Czterdziestu pięciu. Stojąc pod ścianą. Wiedząc, że za chwilę. Czy myśleli o rodzinach? O Bogu? O tym, że to niesprawiedliwe? O niczym – bo strach zabiera myśli?

Nie wiem. Nie mogę wiedzieć. Ale Hasior chciał, żebym chociaż próbował. Żebym poczuł choć cień tego, czego nie da się poczuć. Żebym stanął przed brzydotą, która znaczy więcej niż piękno.

Wstaję. Nogi mam ciężkie. Idę przez park, mijam inne pomniki – Katyński, Ofiar Stalinizmu, te wszystkie kamienie pamięci. Ale tamto „paskudztwo” zostaje we mnie. Te rozłożone ręce. Te puste koryta w piersiach. Ten ogień, który kiedyś płonął, a teraz już nie płonie.

Może to dobrze, że wygasł. A może nie. Może powinniśmy go zapalać co roku. Żeby pamiętać, że trauma nie jest ładna. Że śmierć nie jest pomnikiem z brązu. Że niektóre rzeczy muszą boleć, żeby mieć sens.

Hasior wywoływał szok, dyskomfort, kontrowersje. Może wiedział, że ludzie będą odwracać wzrok. Może właśnie o to mu chodziło – żeby odwrócenie wzroku bolało bardziej niż patrzenie. Bo są rzeczy, na które trzeba patrzeć. Nawet gdy nie chcemy. Zwłaszcza gdy nie chcemy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *