wroclaw-swieto-zmarlych-imgp5108

Są w naszym życiu takie dni, w których czas jakby zwalnia, a codzienne sprawy tracą znaczenie. To chwile, gdy zatrzymujemy się na granicy między tym, co przemijające, a tym, co pozostaje w naszej pamięci. Myśląc o tych, którzy odeszli, łatwiej dostrzegamy kruchość ludzkiego losu i to, jak wiele zawdzięczamy obecności innych ludzi – nawet jeśli już ich przy nas nie ma. Święto Zmarłych staje się okazją do refleksji nad sensem życia, nad wdzięcznością, którą nosimy w sobie, oraz nad tym, jak wiele pozostaje po człowieku w sercach tych, którzy go kochali.


Święto Zmarłych jest dniem, w którym powinniśmy odwiedzić naszych bliskich, tych, których nie ma już pośród nas. Jedni odeszli nagle, pozostawiając niedokończone życie, nieuregulowane sprawy, niezabezpieczoną rodzinę. Inni odeszli pogodzeni ze światem, szczęśliwi, pełni wiary i otoczeni bliskimi. Wszyscy jednak przechodzą do nowego, lepszego życia, gdzie – wierzymy – są wolni od trosk i codziennych zmartwień.

Dla nas, żyjących, wcale nie jest to łatwe. Człowiek, z którym jeszcze wczoraj prowadziliśmy rozmowę, dziś odszedł na zawsze. Już go nie ma. Trudno to objąć myślą, zrozumieć i pogodzić się z tym. Nagle brakuje nam oparcia – osoby, która była obok nas i wspierała samą swoją obecnością. Często jest to ktoś ukochany, bez kogo życie wydaje się pozbawione sensu. W sercu pojawia się pustka, której niczym nie da się wypełnić. Boimy się samotności i nieznanej przyszłości.

A jednak nie poddajemy się. Żyjemy dalej. Podnosimy wzrok i staramy się pamiętać o nich takimi, jakimi byli: dobrymi, kochanymi, niezastąpionymi. Żyją w naszych wspomnieniach, w historiach, które opowiadamy, i w cichych momentach, kiedy myśl o nich powraca niespodziewanie.

W czasie Święta Zmarłych spotykamy się z rodzinami, aby ocalić te dobre wspomnienia. Aby nie pozwolić, by czas zatarł twarze i głosy tych, którzy byli nam tak bliscy.


Cmentarz tego dnia był wyjątkowy. Z zimnego, opuszczonego i często zapomnianego miejsca przemienił się w pełne ciepła sanktuarium migoczących ogników i barw, tłumnie odwiedzane przez rodziny i przyjaciół. Widok zaskakiwał i zapierał dech w piersiach.

Pod krzyżem Jezusa Chrystusa ludzie ustawili tęczowe morze zniczy. Szeroka na dwa pasy ruchu aleja aż po horyzont była zastawiona żywymi, drżącymi płomyczkami. Nie było widać ich końca – a mnogość kolorów i intensywność światła trudno porównać z czymkolwiek innym. Od całego pasa czuć było żar już z metrowej odległości, a zbliżając się, miało się wrażenie, że gorąco dotknie skóry i materiału ubrania.

Temperatura była tak wysoka, że powietrze nad zniczami falowało, zniekształcając przestrzeń i nadając chwili niemal mistyczny charakter. Czułem się, jakbym oglądał czarną fatamorganę rozświetloną tysiącem drobnych, barwnych światełek. Jeszcze wczoraj chłonąłem ten widok, dziś już za nim tęsknię.

Nastrój był podniosły i pełen nostalgii. Ludzie w ciszy zapalali nowe znicze, często odpalając je od już płonących. Trwali przez chwilę w zadumie, modlitwie albo po prostu patrzyli, starając się zapamiętać tę ulotną piękność w jej najczystszej postaci. Po raz kolejny stworzyli coś niepowtarzalnego, spontanicznego i głęboko poruszającego.


Szacuję, że było tam około piętnastu tysięcy zniczy. Ludzie przychodzili, zatrzymywali się na moment, odchodzili, a ich miejsce zajmowali kolejni odwiedzający. Dopiero około 23:00 zrobiło się na tyle „luźno”, że mogłem swobodnie uwiecznić to niezwykłe zjawisko.

Żadne słowa ani zdjęcia nie oddadzą w pełni tego nierzeczywistego klimatu, tej atmosfery światła, ciszy i pamięci. Mimo to – zapraszam do obejrzenia zdjęć.

Żadne słowa ani zdjęcia nie oddadzą w pełni tego nierzeczywistego klimatu, tej atmosfery światła, ciszy i pamięci. Mimo to – zapraszam do obejrzenia zdjęć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *