Papa Krasnal

Ojciec wszystkich krasnali.

Idę Świdnicką. Ścisłe Centrum. I nagle – prawie się potykam.

Mały, brązowy. Ledwo do kostki. Stoi sobie na chodniku, jakby tu był od zawsze. Cholerny Krasnal – kto go tu postawił? A może to moja wina? – Za dużo myślę.
Idę dalej i widzę następnego. Na parapecie. Przy studzience. Na balustradzie. Są wszędzie. Tak nisko i tak dyskretnie wpisane w przestrzeń, że łatwo je przeoczyć. Albo, przeciwnie – zapatrzyć się w nie tak bardzo, że można zapomnieć o chodniku.

Turyści robią zdjęcia. Dzieci pokazują palcami. Dorośli uśmiechają się kątem ust. Bajkowa inwazja.
Ale ja wiem, że to nie jest bajka. To historia. I zaczęła się w nocy.
Noc z 30 na 31 sierpnia 1982 roku. Dwóch facetów z farbą. Waldemar „Major” Fydrych i Wiesiek Cupała. Transformator na Sępolnie. Blok na Biskupinie. Szare plamy na murach – tam, gdzie władza zamalowywała nielegalne hasła opozycji. I na tych plamach – krasnale. Pierwszy. Drugi. Potem trzeci, na budce telefonicznej.
– Tamtej nocy naprawdę potwornie się baliśmy – wspominał po latach Cupała. – A potem malowaliśmy już w całym mieście.
Samo zdobycie farby było wyzwaniem. W PRL-u nie można było po prostu kupić sprayu. Aerozole praktycznie nie istniały w wolnym obrocie. Pierwsze krasnale powstały farbą załatwioną nieoficjalnie od samochodowego lakiernika. Przez sieć znajomości i przysług. Gdy puszki się skończyły – farby olejne. Zdobywane od znajomych ze szkoły plastycznej. Wyciskanie tubki. Powolne nakładanie pędzelkiem. Praca w ciszy i napięciu. Niemal rytuał.

Dziś, gdy spray można kupić w każdym sklepie, tamte historie brzmią absurdalnie. Jak opowieści z innej epoki.
Bo właściwie, to była inna epoka.

Nie było jednego wzoru. Każdy krasnal był inny. Z zębami. Z dziobem. Z kwiatkiem. Czasem wielokolorowy. Najpiękniejszy – jak zapamiętano – powstał obok kościoła Najświętszej Marii Panny na Piasku. Barwny, dziobaty, z zębami. Hasło było tezą. Plama po zamalowaniu – antytezą. A krasnal – syntezą.
Tak to tłumaczyła Pomarańczowa Alternatywa. Pół ironicznie. Ale w tej ironii była siła. Bo jak władza ma reagować na skrzata? Aresztować go? Zamalować? Wymazać z pamięci?

Krasnal był czymś, z czym system nie potrafił sobie poradzić. Z czasem krasnale zaczęły pojawiać się wszędzie. Na murach, szkołach, sklepach. Bywały jednakowe albo fantazyjne. Różnej wielkości. W ulotkach pisano nawet o krasnalach „wielkich jak Guliwer” – rzekomo zmutowanych po wybuchu elektrowni atomowej.

Absurd był świadomą strategią.
Kulminacja przyszła 1 czerwca 1988 roku. Rewolucja Krasnoludków. Kilkanaście tysięcy ludzi w czerwonych czapkach przemaszerowało ulicą Świdnicką. Radosny pochód. Milicja bezradna.

Krasnal stał się symbolem oporu, który nie krzyczał. Który ośmieszał.
I wygrał.

Stoję teraz przy Papie Krasnalu na Świdnickiej. Przejście podziemne. Pierwsza trwała, odlana z brązu figura. 2001 rok. Nie happening, nie prowokacja – świadomy gest pamięci.

Patrzę na niego. Na tę brodę. Na te buty. Na ten uśmiech, który wie więcej, niż mówi. Przypominam sobie śmieszne krasnalki na blokach. jakby malowane przez pięcio-latka. Pomarańczowy trójkąt to czapka. Wtedy było to surrealistyczne. Szara, odrapana i brudna ściana bloku i uśmiechnięty pomarańczowy krasnalek z kresek. Teraz wiem trochę więcej.

Papa Krasnal to most między dwiema epokami. Przypomina murale i happeningi lat 80. A jednocześnie zapowiada nowy rozdział. Krasnale jako element stałej miejskiej narracji. Bez tej figury – wykutej w kuźni Ryszarda Mazura, tego samego, który stworzył smoki na Placu Solnym – późniejsza fala małych rzeźb nie miałaby punktu odniesienia.

Po 2000 roku krasnal zszedł z muru na chodnik. Wkrótce po Papie pojawiły się kolejne figurki. Syzyfki, Rzeźnik, Pracz nad Odrą, Szermierz. Pierwsza piątka, po której posypała się lawina. Ale to nieważne.
Ważne, że krasnal przestał być znakiem buntu. Stał się bohaterem miejskiej codzienności.
Każda instytucja, firma, dzielnica chciała mieć „swojego” krasnala. Powstawały kolejne postacie. Pracujące. Grające w szachy. Śpiące. Wspinające się. Zaglądające do studzienek. Liczba rosła lawinowo. Dziś mówi się bez wahania o krasnalowej inwazji. Są wszędzie. Tak nisko, że trzeba uważać, gdzie się stawia stopę. Siadam na ławce. Patrzę na przechodniów. Turyści polują na krasnale z mapkami w telefonach. Dzieci kucają, żeby dotknąć brązowych czapek. Dorośli przechodzą obok, nie patrząc.
Pod tą bajkową warstwą kryje się pamięć. O ruchu, który udowodnił, że śmiech i absurd mogą być formą oporu. Pomarańczowa Alternatywa nie wznosiła pomników – ona je wyśmiewała.

Paradoksalnie to właśnie z tego ducha narodził się dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych „pomnikowych” symboli miasta.

Wstaję i dę dalej.
Mijam kolejnego krasnala i następnego. I jeszcze jednego. Jest ich ponad 1000 to już inwazja potykaczy ciał…. Oszaleć można.

Warto pamiętać, że ten mały ludek zaczynał jako bardzo poważny problem dla władzy. Że był malowany nocą, w strachu, farbą zdobywaną po znajomości. Że miał zęby, dziób i kwiatek. Że był syntezą czegoś, czego nie dało się zamalować.
A teraz stoi sobie na chodniku. Brązowy. Cichy. Uśmiechnięty.
I czeka, aż ktoś się o niego potknie. A kiedy już jesteś na tym samy poziomie – zapyta: – Skąd tu jesteś?

Są symbole, które rodzą się z walki. I są takie, które rodzą się ze śmiechu. Wrocławskie krasnale to jedno i drugie. Zaczynały jako absurd – a stały się ikoną. Zaczynały jako prowokacja – a stały się pamiątką. I może właśnie o to chodziło od początku. Żeby władza nie wiedziała, czy ma się bać, czy śmiać, bo kiedy nie wiedziała – przegrywała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *