Wrocław nocą - Fontanna Zdrój

Dzisiaj znowu zawędrowałem na Rynek. Siadam na nagrzanej krawędzi granitu, pulsującego po dniu pod lipcowym słońcem. Woda szemrze tuż obok, ślizgając się po gładkich, szklanych płaszczyznach. Za mną bruk — ten stary bruk — pamięta więcej niż niejeden podręcznik historii, serio. Gotyckie wieże, renesansowe detale, barokowe ozdoby… A przede mną stoi coś zupełnie innego. Szkło. Surowe, czyste, nowoczesne. I znów wraca pytanie, które zawsze się w mojej głowie mąci, kiedy tu jestem: jak to możliwe, że coś tak obcego z czasem staje się tak blisko? Prawie jak przyjaciel, którego kiedyś chciałoby się przegonić.

Był rok 1996. Na wrocławskim Rynku pojawiła się rzecz, która wydawała się tam niepasująca. Proste, pionowe tafle szkła, opierające się na granitowym fundamencie. Woda i nic więcej — zero rzeźb, alegorii czy odniesień do historii tego miejsca. Czysta, chłodna forma, która przebijała się przez wieki dziejów. Dla niektórych to była wyraźna prowokacja, dla innych – eksperyment. A może po prostu błąd? Mieszkańcy mówili na nią „mydelniczka”,. „akwarium”.Padały i mniej przyjazne przezwiska. Twierdzili, że niszczy ducha Rynku, jest obca, nie na miejscu. Niepotrzebna. Powinna zniknąć. Co zabawne, miała zniknąć. Miała być tymczasową instalacją, kilka lat i po temacie. A minęło prawie trzydzieści.

Czy miejsca potrafią zawładnąć naszym sercem tak, jak ludzie? Na początku pojawia się opór. Potem obojętność. I na końcu – niespieszne przyzwyczajenie, które bezszelestnie przechodzi w coś… cieplejszego. W cichą zgodę. W przywiązanie, choć pewnie nie zawsze umiemy to nazwać. „Spotkajmy się przy fontannie” — słyszy się to codziennie tu, we Wrocławiu. Setki razy, bez większego zastanowienia. Jakby ta fontanna była tu od zawsze, jakby inaczej nie mogło być. A przecież mogło. Bardzo mogło.

Jest lipcowy upał. Miasto zdaje się dusić w żelaznych objęciach gorąca. Rynek oddycha ciężko, a bruk parzy pod stopami. Ale tu, przy fontannie, jest inaczej. Trochę chłodniej, wilgotniej, jakby ktoś uchylił okno w dusznym pokoju. Ludzie siadają na krawędziach, opierają się o kamień, chwilę przystają. Maluch, może z cztery lata, zbliża się do krawędzi i palcem dotyka wody. Potem zanurza całą rękę, nie zważając na matkę, która tylko lekko się uśmiecha, nie sprzeciwiając się. Woda krąży w obiegu, jest filtrowana, ale nie do picia, nie do zabawy… a jednak, dziecko się śmieje. I ten śmiech mówi o tej fontannie więcej niż setki tekstów. Bo to miejsce — no, po prostu się oswoiło.

Gołąb przebiega ostrożnie po granitowej płycie, zatrzymuje się, rozgląda nierozgarnięcie, pochyla głowę i pije. W rozgrzanym rynku to niemalże enklawa natury. Ptaki o tym wiedzą. W upalne dni przychodzą tu po ukojenie, odpoczynek. Miasto i dzika natura, połączeni w szklano-kamiennym dialogu. Fontanna staje się takim małym traktatem pokojowym między ludzką przestrzenią a światem, który był tu wcześniej — zanim jeszcze my tu byliśmy.

Na dnie fontanny błyszczą monety, wrzucane przez turystów — może dla szczęścia, może z przyzwyczajenia. Ten sam rytuał co w fontannie di Trevi, za stary by zapomnieć. Ale one nie leżą tam długo. Miasto szybko je „pożera”. Często zanim spełnią jakiekolwiek życzenie. Smutne? A może właśnie w tym tkwi prawda o marzeniach — że wartość mają w momencie rzutu, nie w spełnieniu?

Był taki dzień — już nie pamiętam, który dokładnie — gdy fontanna oszalała. Ktoś wlał do wody płyn do naczyń. Piana zaczęła gęsto wylewać się na bruk, biała, miękka, niedorzeczna. Ludzie przystawali, śmiali się, pstryknęli zdjęcia. Było w tym coś naprawdę pięknego, coś zupełnie miejskiego, niekontrolowanego. Nagle ta poważna, minimalistyczna forma zamieniła się w klauna na środku Rynku. I chyba wtedy — właśnie wtedy — była najbardziej… ludzka.

Wieczór zapada powoli. Światła fontanny rozbłyskują, szkło zaczyna tętnić innym życiem — łapie blaski miasta, odbija neony, rozprasza blask latarni. Znów siadam na krawędzi. Granit jeszcze ciepły od dnia, choć powietrze już rześkie. Patrzę na tafle szkła i nagle dostrzegam coś, co wcześniej mi umykało: górne krawędzie, falowane, nieregularne. Podnoszę wzrok na kamienice wokół — ich dachy, nierówne linie, różnorodne wysokości. Czuję, że to nie przypadek. Te pofalowane krawędzie – to echo dachów, ich szept, rozmowa między tym, co stare, a tym, co nowe. Fontanna nie konkuruje z Rynkiem. Ona rozmawia z nim. Przez prawie trzydzieści lat niepotrzebnie patrzyłem, nie widziałem.

Może tak właśnie działają miejsca, którym się udało? Nie krzyczą, nie żądają uwagi. Są po prostu — i z czasem, rok po roku, wnikają tak głęboko w krajobraz, że przestajemy je zauważać. Aż któregoś wieczoru siadamy na ich krawędzi i dopiero wtedy rozumiemy.

Wstaję. Dotykam szkła pożegnalnym gestem. Chłodne, wilgotne. Woda ścieka po palcach, kapie na bruk. Ruszam w stronę uliczki, która prowadzi z Rynku. Za plecami jeszcze słyszę szum fontanny. Ten śmiech dziecka. I trzepot skrzydeł gołębia.

„Zdrój” — tak się nazywa ta fontanna. Mało kto pamięta tę nazwę. Bo kto dziś mówi: „Spotkajmy się przy Zdroju”? Nikt. Zawsze – „przy fontannie”. I wszyscy wiedzą o którą chodzi. Ta szklana intruzka, która miała zniknąć po kilku latach. Mydelniczka, akwarium — coś z innego świata. A dziś? Jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc we Wrocławiu. Cichy powód do dumy mieszkańców, którzy już dawno zapomnieli, że kiedyś jej nie chcieli.

I właśnie o tym myślę — jak często odrzucamy coś, by potem pokochać to najbardziej. O czasie, który jest najlepszym architektem. O tym, że niektóre mydelniczki zostają nam na zawsze. I w sumie dobrze tak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *