Zderzenie światów. Lekcja pokory wobec inności
Ten wieczór był dla mnie niczym podróż na zupełnie inną planetę. Widowisko, które zobaczyłem, rzuciło wyzwanie wszystkim moim przyzwyczajeniom, stając się fascynującym, choć wymagającym eksperymentem kulturowym.
Całość zastygła w dostojnym bezruchu. Było to widowisko statyczne, niemal medytacyjne, gdzie „dzianie się” ustąpiło miejsca kontemplacji. Dla naszego europejskiego oka, przyzwyczajonego do szybkiego montażu i ciągłej akcji, była to lekcja cierpliwości – sztuka, w której najważniejsza jest obecność i trwanie, a nie sam ruch.
Akustyczne antypody
Największym szokiem poznawczym okazała się jednak materia dźwięku. Do tej pory wydawało mi się, że to język niemiecki wyznacza granice twardości i braku melodyjności. Myliłem się. Tradycyjna wokalistyka koreańska pokazała mi zupełnie inną definicję estetyki.
To brzmienie surowe, gardłowe, pełne rwanej ekspresji i częstotliwości, które dla zachodniego ucha mogą być trudne do oswojenia. Barwa i natężenie tych dźwięków uderzają z siłą żywiołu, burząc nasze pojęcie o tym, co „ładne”. Ale w tej szorstkości kryje się autentyczność – to muzyka, która nie stara się przypodobać, lecz niesie w sobie pierwotną prawdę emocji, tak odległą od naszej słowiańskiej śpiewności.
Skarb pod ochroną świata
W centrum tego hermetycznego świata stała ona – Diva. Postać, która przekroczyła już smugi cienia młodości, stając się żywym nośnikiem historii. Jej wiek i doświadczenie nie były tu przeszkodą, lecz wartością samą w sobie, tak cenioną w kulturach Wschodu.
Fakt, że jej sztuka znalazła się pod opiekuńczymi skrzydłami UNESCO, nabiera tu głębokiego sensu. To nie jest po prostu śpiewaczka – to Żywy Skarb Ludzkości, strażniczka ginącej tradycji. Oglądanie jej było jak obcowanie z kruchym, bezcennym zabytkiem, który wymaga ochrony przed zapomnieniem.
Choć muszę przyznać uczciwie – to zdecydowanie nie są „moje klimaty” i estetyka, w której czuję się swobodnie – to wyszedłem z tego spektaklu bogatszy. Była to cenna lekcja tolerancji i otwartości na inność. Przypomnienie, że piękno ma na świecie nieskończenie wiele twarzy, a niektóre z nich wymagają od nas nie lada wysiłku, by spróbować je zrozumieć.
Ahn Sook-sun, który zobaczymy podczas jedynego koncertu w Polsce, jest mistrzynią opery pansori. Gatunek ten, wpisany na Listę Dziedzictwa Niematerialnego i Kulturowego UNESCO, zawiera w sobie elementy zarówno muzyczne, wokalne, jak i bogatą warstwę tekstową. Dramatyczna ekspresja, rytm i subtelne konfiguracje melodyczne – to wszystko wysłuchamy i obejrzymy w sobotę, o godz. 20:00, w Operze Wrocławskiej.
Ze starej koreańskiej tradycji pansori do naszych czasów zachowało się jedynie pięć pełnych przypowieści. My, we Wrocławiu zobaczymy najbardziej humorystyczną z nich, zatytułowaną Hungbo-ga, zwaną inaczej „Pieśnią dyni”. W zachowanej do dziś formie, pansori jest występem śpiewaka i bębniarza (gosu), grającego na baryłkowatym buk. Wokalista poprzez pieśni (sori), narrację (aniri) i gesty (ballim) opowiada historię. Czasami opowieść ta trwa nawet dziewięć godzin, w trakcie których śpiewak wciela się w kolejne postaci opowieści. Recytowane partie zawierają pół śpiewane, pół mówione pasaże. Poddając się treści i dramaturgii tekstu, solista wykonuje gwałtowne gesty z wykorzystaniem swoich atrybutów: wachlarza i chusteczki.
Ahn Sook-sun w Korei Południowej uznawana jest za narodowy klejnot, ale także publiczność międzynarodowa doceniła jej talent. Występy solistki podziwiała już m.in. publiczność w Awinionie, Nowym Yorku, Edynburgu, czy Paryżu.
źródło: bravefestival.pl