Na scenę wyleciały czarnoskóre kobiety, ubrane w czarne szaty ozdobione kolorowymi wstawkami z biżuterii – naszyjniki, bransolety, łańcuszki. Waląc wielkimi kijami w podłogę, śpiewały i śmiały się, przepychały, skakały, wywijały biodrami i rękoma we wszystkie strony. Było ich tak wiele, poruszały się tak nagle i nieprzewidywalnie, że trudno było skupić wzrok na jednej – każda wydawała się działać własnym rytmem, a jednak wszystko tworzyło spójną całość.
Choć chaos wydawał się maksymalny, kryła się w nim przewrotna logika. Kobiety wpadały na siebie, a mimo to nie dochodziło do kolizji. Wrzeszczały, a wokalistka na przedzie zespołu była słyszalna jak nigdy. Uderzenia w bębny zdawały się przypadkowe, a jednak wybijały ten sam rytm. Nie było zgrzytów, dysonansów ani chwili niepewności. Cały harmider emanował radością „pełną gębą”, energią i żywotnością, które można porównać jedynie do zaawansowanego ADHD. Nawet gwizdki i piszczałki, wdzierające się wysokimi tonami wprost do mózgu, nie zaskakiwały w tym wirze ekspresji.
Zaskoczeniem okazał się wielki bęben, wtaszczany na scenę przez trzy artystki. Waląc w niego bez litości, sprawiły, że aż fotele w pierwszym rzędzie drgały. Kontrast między potężnym bębnem a „rysującymi szkło” piszczałkami był zdumiewający. Kolejna odsłona przyniosła miniaturyzację – artystki zmniejszyły się w wyobraźni widza i dalej wojowały po scenie, wirując, piszcząc, uderzając w bębenki, wykonując figury, które zdawały się niemożliwe.
Z zapartym tchem obserwowałem te wszystkie ekscesy, słuchając muzyki, jakiej nigdy wcześniej nie słyszałem i być może nigdy więcej nie usłyszę (chyba że wybiorę się kiedyś do Tanzanii). Miałem ochotę dołączyć do artystek, a widownia też nie pozostawała obojętna – ruszała się na fotelach, tupała nogami, klaskała. Samozwańczy Król Julian z Madagaskaru mógłby poczuć się zawstydzony, widząc taki poziom ekspresji.
Tajemnicza magia miniaturyzacji wkrótce wyjaśniła się, gdy do tańczących dzieci dołączyły dorosłe kobiety. Powstało apogeum show: naszyjniki wirujące w powietrzu, piruety, śpiew, bębny, tupanie, śmiech, skoki, piszczałki – wszystko tworzyło najbardziej ekspresyjne przedstawienie festiwalu. Po takim widowisku trudno było myśleć o zwyczajnym życiu we Wrocławiu – pragnienie ucieczki do prostego, pierwotnego świata, gdzie wieczór kończy się przy ognisku, w tańcu i w rytmie bębnów, stało się niemal namacalne.
Piątek 06.07.2012
Brave Festival 2012
g. 17
Centrum Sztuki „Impart”
ul. Mazowiecka 7
Wrocław
MADUMA & NDAGWA – radość przekazywania tradycji. Dzieci i kobiety Wagogo w żywiole rytmu.
Organizator: www.bravefestival.pl
Plemię Wagogo z Tanzanii wierzy, że muzyka i taniec pozwolą przetrwać ich kulturze: dotyczy tozwłaszcza tradycji Gogo w takiej formie, jaką kultywowali przodkowie tego ludu przez wiele pokoleń.Maduma Women’s Drumming Group to wyjątkowy zespół, którego występy odwołują się domuzyczno-tanecznej tradycji mapelembo (dosłownie „polowanie”).Pierwotnie pielęgnowanie owego rytuału tanecznego należało do mężczyzn: dzisiaj dzięki silnejinicjatywie kobiet z plemienia Gogo przerodziło się to w tradycję muzyczno-taneczną, którą kobiety zdumą wykonują i nazywają swoją. Powszechnie uważa się, że siła kobiet niosących bębny na ramionachoraz techniki gry na tym instrumencie wyzwalają magiczne moce. (źródło: materiały prasowe Brave Festival).