tango_corazon_milonga-imgp2223

Ale czym właściwie jest milonga? Najprościej mówiąc — to taneczna świątynia dla maniaków tanga argentyńskiego. Coś w rodzaju spotkania pasjonatów, którzy umawiają się, zbierają swoje „sprzęty” — czyli buty, serca, namiętności — i przychodzą tylko po to, by oddać się muzyce. To jak klub kibiców, ale zamiast stadionu jest parkiet, zamiast okrzyków — skrzypce i bandoneon, a zamiast bójek… wirujący uśmiech losu. Milonga to podróż w czasie, o dobre 90 lat, może i więcej — powrót do epoki elegancji, półmroku i zmysłowego napięcia, które unosi się między jednym a drugim krokiem.

Na parkiecie można zapomnieć o wszystkim, co przytłacza: o codziennych troskach, o samotności, o ciężarze świata. Tu każdy ma prawo urwać sobie skrawek szczęścia absolutnego — tej ulotnej, pulsującej esencji, która jest nieodłączną częścią tanga. Wystarczy chwila: splecione dłonie, pewne, a zarazem delikatne objęcie, dłoń mężczyzny oparta na plecach partnerki, wyczuwalny pod opuszkami detal, drobiazg, który nie ma znaczenia, a który nagle staje się intymnym znakiem „jestem obok”. Wystarczy oddech i… wejście w rytm. Zawirowanie, krok spontaniczny, a jednak precyzyjny. I odejście. I powrót. I znów — od nowa, jak rozmowa, której nie chce się kończyć.

W tangu nie ma wątpliwości: mężczyzna prowadzi, kobieta podąża. Nie jako ktoś słabszy, ale jako ktoś, kto ufa, kto pozwala się poprowadzić między innymi parami — w lewo, w prawo, do przodu, tam, gdzie muzyka i męska decyzja znajdą dla nich miejsce. To taniec równowagi: siła spleciona z uważnością.

By zatańczyć dobrze, trzeba wsłuchać się w muzykę całym sobą. Wyłapać każde zwolnienie, każde zawahanie, każde drgnienie rytmu. Prowadzący musi planować i improwizować jednocześnie — wiedzieć, kiedy wykonać gancho, kiedy castigadę, kiedy sacadę, a kiedy zasugerować tylko subtelne ocho. Musi zdecydować, którą odmianę „kanapki” zastosować, kiedy wpleść boleo, a kiedy odpuścić, bo przestrzeń nie pozwala. Bo choć Europa jest, jak twierdzi Marcelo, dość liberalna, to w Argentynie wpadnięcie na inną parę może skończyć się bójką. Tyle że tam nikt na nikogo nie wpada — bo każdy zna granice i szanuje rytm.

Tango urzeka swoją bliskością, zmysłową łagodnością i płynnością tak naturalną, że zdaje się oddychać własnym oddechem. Muzyka porywa i czaruje, nie zostawiając miejsca na obojętność. Zmusza do ruchu, do wirowania, do zaufania — do oddania się prowadzącemu tak, jak oddaje się książce, w której ginie cały świat poza bohaterami.

W sobotę wieczorem, z okazji warsztatów tanga argentyńskiego, zatańczyli dla nas Luiza i Marcelo Almiron — trenerzy z Warszawy, a prywatnie polsko-argentyńskie małżeństwo o imponującym doświadczeniu. W ich wykonaniu pojawiło się m.in. canyengue — bardzo stary, niezwykle charakterystyczny styl tanga. Mnie nie porwał, przyznaję bez wstydu, ale inni uczestnicy byli zachwyceni jego ekspresją i surowym urokiem.

Luiza i Marcelo to duet, który zna tango od podszewki — od techniki, przez historię, po terapeutyczny aspekt ruchu. Patrząc na nich, można było odnieść wrażenie, że nie tańczą dla nas, lecz że taniec tańczy nimi. I właśnie w tym tkwi cała magia milongi.

Poniżej zdjęcia z pokazu:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *