Pomiędzy krzykiem strun a szeptem. Noc z Markiem Napiórkowskim i Anną Marią Jopek
Wrocławski Festiwal Gitarowy w 2009 roku zapisał się w pamięci jako wieczór pełen kontrastów – szorstkiej, męskiej energii i kobiecej, otulającej delikatności.
Kiedy Marek Napiórkowski wraz ze swoim kwartetem przejął scenę, powietrze zgęstniało. To był mocny, niemal fizyczny koncert. Solowe partie Marka nie były tylko dźwiękiem; były czystą elektrycznością, wibrującą w przestrzeni, wwiercającą się w skórę. Jego gitara płakała i krzyczała na przemian, niosąc to charakterystyczne, rozedrgane brzmienie, które tak kochają wielbiciele elektrycznego jazzu.
Sam Marek, z tą swoją artystyczną nonszalancją, wyglądał jak człowiek, który żyje tylko nocą i muzyką. Było w jego postawie coś z bohemy, może nawet cień zmęczenia życiem – owo wrażenie „bywalca nocy”, które jednak znikało w ułamku sekundy, gdy tylko palce dotykały gryfu. Wtedy liczyła się tylko pasja.
Rodzinne ciepło jazzu
W trakcie tego muzycznego transu na scenie pojawili się goście, wnosząc nową jakość. Saksofon Henryka Miśkiewicza wlał w te elektryczne ramy odrobinę klasycznego, jazzowego ciepła, a obecność Doroty Miśkiewicz dodała całości blasku. Jednak to, co stało się pod koniec, zamieniło ten koncert w intymne spotkanie.
Dziewczyna w kożuszku na krawędzi sceny
Finał należał do Anny Marii Jopek. Weszła na scenę i nagle cała drapieżność gitar ucichła, ustępując miejsca czemuś kruchutkiemu.
Wyglądała ślicznie, niemal jak zimowa zjawa, która zabłądziła w letni wieczór. Ubrana w uroczy, bezrękawnikowy kożuszek, emanowała naturalnością i ciepłem, które kontrastowało z technicznym chłodem sprzętu muzycznego. Ten kożuszek dodawał jej jakiegoś ludowego, swojskiego wdzięku, sprawiał, że wydawała się jeszcze bliższa, niemal „nasza”.
Nie siliła się na gwiazdorstwo. Usiadła po prostu na samej krawędzi sceny, znosząc barierę między artystą a widzem. To był moment magiczny – flirtowała spojrzeniem z muzykami, uśmiechała się do publiczności, a jej głos działał jak balsam. Złagodziła ostre, rockowe kanty gitary Napiórkowskiego swoim melancholijnym, lekko zachrypniętym szeptem. Wprowadziła do tej męskiej, elektrycznej rozmowy pierwiastek czułości i tęsknoty.
Słuchając jej, miało się wrażenie, że czas zwolnił. Żal ściskał serce, gdy wybrzmiały ostatnie nuty, bo był to jedynie gościnny występ. Zostaliśmy z ogromnym niedosytem – pragnieniem, by ta chwila, w której wibrująca gitara spotyka się z ciepłem dziewczyny w kożuszku, trwała o wiele dłużej