Sobota. Bolesławiec. Trafiłem tu przypadkiem. A może nie przypadkiem – kto to wie, jak działają moje nogi.
Ulice pachną inaczej niż zwykle. Czymś w rodzaju święta. I wtedy ich widzę.
Ludzie pomalowani gliną. Biali, brązowi, niektórzy w kolorach, których nie potrafię nazwać. Idą ulicą jak procesja z innego świata. Jak duchy, które postanowiły na chwilę przybrać ciało. Niektórzy jak zombie. Stoję i patrzę. Tłum wokół mnie się śmieje, klaszcze, robi zdjęcia. A ja… ja chyba zapominam oddychać.
Glinoludy. Tak je nazywają.
Siadam na krawężniku, bo nogi odmawiają posłuszeństwa. Nie z wysiłku – z wrażenia.
Ktoś obok opowiada historię. Że to wszystko zaczęło się w latach 90. Że kilku pasjonatów ceramiki stwierdziło, że glina to za mało. Że trzeba ją wziąć na siebie. Dosłownie. Umazać się nią, stać się nią, wyjść na ulicę i być nią.
I tak powstali oni.
A na czele – Papa Glinolud. Bogdan Nowak. Widzę go teraz – jedzie na czymś, co kiedyś było rowerem, a teraz jest… nie wiem czym. Konstrukcja z innej bajki. Ogromna, kolorowa, absurdalna. Jakby ktoś wziął dziecięcy sen i zmaterializował go w metal i farbę. Ludzie wokół pokazują palcami, dzieci piszczą. A on jedzie. Jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Może jest. Ponoć były spory. Kłótnie. Sądy nawet – o nazwy, o prawa, o to, czyj jest pomysł i kto może nazywać się twórcą. Bogdan z jednej strony, Krzysztof Gwizdała z drugiej. Trochę jak rodzinna kłótnia o spadek, którą każdy woli przemilczeć przy świątecznym stole. Ale jakoś przetrwali. Jakoś się rozeszło.
Glina krzepnie – mówi ktoś obok mnie. I chyba ma rację. Nie tylko ta na twarzach. Ta między ludźmi też. Czasem trzeba ognia, żeby stwardniała. Czasem trzeba konfliktu.
Korowód idzie dalej. Ulica Bankowa, potem Rynek.
Nie mogę oderwać wzroku.
Jest faraon. Prawdziwy – znaczy, nie prawdziwy, ale wykuty z wyobraźni tak starannie, że mógłby być. Złote insygnia, błyszczące w słońcu. Idzie w środku. Przed nim rydwan, który ciągną dwie gliniane bestie. Nie wiem, czy to lwy, czy smoki, czy coś, co nie ma nazwy. Może lepiej, że nie ma.
Obok anioły. Skrzydła z gliny i czegoś lekkiego – może tiulu, może marzeń. Niemal unoszą się nad tłumem. Dziewczyna obok mnie mówi szeptem: „Patrz, jakby zaraz miały odlecieć”. Kiwam głową. Bo właśnie tak to wygląda.
I tancerki. W pióropuszach. Z energią, która mogłaby zasilić całe miasto. Rio de Janeiro na Dolnym Śląsku – ktoś rzuca takie porównanie i nie jest daleki od prawdy. Bębny dudnią, biodra się kołyszą, a ja myślę o tym, jak dziwne i piękne jest to, że w małym mieście na końcu Polski ludzie potrafią stworzyć coś takiego.
Chaos. Totalny, kolorowy, radosny chaos.
Jeszcze większe rowery. Konstrukcje na kółkach, które wyglądają jak rzeźby, jak maszyny, jak żarty z grawitacji. Ulica zamienia się w galerię sztuki – takiej, która jedzie, śmieje się i czasem trąbi.
I właśnie o to chodzi, prawda? Żeby nie było przewidywalnie. Żeby życie czasem zaskakiwało. Żeby dorosły człowiek mógł stanąć na chodniku i zapomnieć, że jest dorosły.
Siedzę na ławce, gdy korowód już przeszedł. Tłum się rozchodzi. Zostaje tylko echo bębnów i plamy gliny na asfalcie.
Myślę o tym, czym jest tradycja.
Bo to nie jest zwykła impreza. To nie jest festyn, gdzie kupujesz watę cukrową i idziesz do domu. To jest… rytuał? Nie, za poważne słowo. Zabawa? Za lekkie. Może jedno i drugie. Może coś pomiędzy.
Ludzie, którzy od trzydziestu lat malują się gliną i wychodzą na ulice. Pokolenia – dzieci, które były glinoludami, teraz przyprowadzają własne dzieci. Ciągłość. Przekazywanie czegoś, co nie ma nazwy, ale ma znaczenie.
Bolesławiec to miasto ceramiki. Każdy to wie. Kubki, talerze, te charakterystyczne wzory. Ale teraz wiem, że to coś więcej.
To miasto ludzi, którzy potrafią wziąć glinę – tę samą, z której robią naczynia – i zamienić ją w show. W sztukę. W śmiech. W coś, co łączy obcych ludzi na ulicy, bo nagle wszyscy patrzą w tym samym kierunku, na tę samą absurdalną, piękną procesję.
Wstaję. Otrzepuję spodnie.
Idę dalej – bo to robię cały czas, id dalej. Ale coś ze mną zostaje. Obraz Papy Glinoluda na jego kosmicznym rowerze. Anioły, które prawie odleciały. Faraon za rydwanem.
I nachodz mnie myśl. Taka cicha, prawie niesłyszalna.
Że czasem trzeba się umazać gliną, żeby poczuć się żywym.
Jeśli ktoś nie był – naprawdę może żałować. Bo ta parada to jedna z tych rzeczy, które zostają w człowieku dłużej niż weekend. Zostają gdzieś w środku. I czasem, w szary wtorek, wracają. I człowiek się uśmiecha. Sam nie wie czemu.