Południowa strona Renomy we Wrocławiu

Złoto nie kłamie.

Kiedy słońce pada pod odpowiednim kątem na fasadę Renomy, ceramiczne płytki zaczynają migotać. Delikatnie, ledwo zauważalnie – jakby budynek mrugał do przechodniów, którzy dawno przestali patrzeć w górę. Jakby chciał powiedzieć: pamiętam was wszystkich. Tych, którzy przychodzili tu w latach trzydziestych, mówiąc po niemiecku. I tych, którzy przyszli po wojnie, ucząc się wymawiać „Wrocław” zamiast „Breslau”. I was, dzisiejszych, z telefonami w dłoniach, zbyt zajętych, żeby zauważyć, że stoicie przed katedrą handlu, która widziała więcej niż wasze prababki zdołały opowiedzieć.

Złoto na elewacji. Prawdziwe złoto, wtopione w ceramikę przez rzeźbiarza Ulricha Nitschkego w 1930 roku. Kto dziś o tym wie? Kto podnosi głowę, idąc Świdnicką?

Hermann Dernburg miał wizję.

Berliński architekt, który pod koniec lat dwudziestych stanął przed pustą działką we Wrocławiu – wówczas jeszcze Breslau – i zobaczył coś, czego inni nie potrafili sobie wyobrazić. Nie kolejny ciężki, pruski gmach z grubymi murami i małymi oknami. Nie pomnik przeszłości, ale okno w przyszłość.

Stalowy szkielet zamiast murów nośnych. Otwarte przestrzenie zalane światłem. Dwa dziedzińce przykryte szklanymi świetlikami, przez które słońce mogło tańczyć na posadzkach. Horyzontalne pasy okien, które sprawiały, że monumentalna bryła zdawała się płynąć wzdłuż ulicy.

Czy Dernburg wiedział, co buduje? Czy przeczuwał, że jego dzieło przetrwa bombardowania, pożary, zmianę granic, zmianę języka, zmianę wszystkiego – i wciąż będzie stało, migocząc złotem w słońcu?

Na gzymsach patrzą w miasto rzeźbione głowy.

Twarze kupców z całego świata – tak to zamierzał Nitschke, tak to widział Hans Klakow, który pomagał przy rzeźbach. Symbol globalnego zasięgu koncernu Wertheim. Dumne oblicza ludzi, którzy wierzyli, że handel łączy narody, że wymiana jest drogą do pokoju.

1930 rok. Za trzy lata w Niemczech władzę przejmie Hitler. Za piętnaście lat Breslau stanie się Festung Breslau – twierdzą, która nie miała się poddać. Te kamienne głowy będą patrzeć na płonące miasto. Na uciekających ludzi z tobołkami. Na koniec pewnego świata.

A potem – na początek następnego.

Marzec 1945. Oblężenie.

Bomby spadają na Schweidnitzer Straße. Pożary trawią budynki jeden po drugim. Ludzie giną w piwnicach, na ulicach, wszędzie.

A stalowy szkielet Wertheima – trwa.

Płoną wnętrza. Płoną towary na półkach, płoną marzenia tych, którzy tu kiedyś kupowali eleganckie sukienki na bale i zabawki dla dzieci na Boże Narodzenie. Ale konstrukcja – ta rewolucyjna, wizjonerska konstrukcja Dernburga – wytrzymuje.

Jakby budynek wiedział, że nie wolno mu odejść. Że ma do spełnienia misję, której jeszcze nie rozumie.

Wertheim, Renoma - ruiny

1948 rok. Wystawa Ziem Odzyskanych.

Wrocław – bo tak już się nazywa – podnosi się z gruzów. I jednym z pierwszych odbudowanych gmachów jest dawny Wertheim. Teraz Powszechny Dom Towarowy. PDT. Pedet, jak mówią wrocławianie, którzy przyjechali ze Lwowa, z Wilna, z Grodna.

Ci sami ludzie, którzy zostawili swoje domy na Wschodzie, teraz wchodzą do domu towarowego zbudowanego przez Niemców, dla Niemców, w mieście, które było niemieckie przez stulecia. I robią zakupy. I żyją dalej. Bo nie ma innego wyjścia.

Czy budynek czuł tę ironię? Tę dziwną ciągłość w nieciągłości? Nowi ludzie, nowy język, nowe imię – a stalowy szkielet ten sam. Złoto na elewacji to samo. Kamienne głowy kupców patrzące na zupełnie innych przechodniów.

Renoma.

Nazwa wybrana w konkursie w 1977 roku, rozpisanym przez „Słowo Polskie”. Miała nawiązywać do prestiżu przedwojennego domu towarowego. Renoma – dobre imię, reputacja, pamięć o świetności.

Ale czyja świetność? Niemiecka? Polska? Ludzka?

Może wszystkie naraz. Może w tym tkwi geniusz tego budynku – że nie należy do nikogo i należy do wszystkich. Że jest pomnikiem czegoś większego niż jedna nacja, jedna epoka, jeden język. Pomnikiem ludzkiej potrzeby piękna. Pragnienia, żeby to, co budujemy, przetrwało nas.

2009 rok. Nowe skrzydło.

Maćków Pracownia Projektowa staje przed zadaniem niemożliwym: rozbudować ikonę, nie niszcząc jej. I udaje się. Nowa część prowadzi dialog z dziełem Dernburga – powtarza horyzontalny układ, wykorzystuje ceramikę, która nawiązuje do przedwojennego blasku. Nie konkuruje. Nie przytłacza. Dopowiada.

Jakby dwie epoki podały sobie ręce przez przepaść ośmiu dekad.

A na trzecim piętrze nowej części dzieje się coś niezwykłego. Artysta maluje na oczach przechodniów. Karol Radziszewski – malarz, performer, jeden z najbardziej uznanych polskich artystów wizualnych – tworzy ogromny czarno-biały fresk. Piętnaście metrów długości, dwa i pół metra wysokości. Linie swobodne, ale przemyślane. Klienci z siatkami zatrzymują się i patrzą. Dzieci pytają rodziców, co ten pan robi.

Radziszewski - grafitti w Renomie

Performance w domu towarowym. Sztuka wysoka w przestrzeni komercyjnej. Czy nie o to właśnie chodziło Dernburgowi i Nitschkemu osiemdziesiąt lat wcześniej? Czy nie dlatego pokrywali elewację prawdziwym złotem, rzeźbili głowy kupców z całego świata, projektowali świetliki, przez które światło tańczyło na posadzkach?

Dom towarowy jako katedra piękna. Handel jako pretekst do obcowania ze sztuką.

Mural Radziszewskiego przetrwał kolejne modernizacje. Dziś, gdy górne piętra zamieniły się w przestrzenie biurowe, czarno-białe linie witają najemców w przestrzeniach wspólnych. Kolejna warstwa pamięci. Kolejny głos w chórze, który budynek zbiera od prawie stu lat.

2023 rok. Ostatnia rewitalizacja.

Przywracają blask dziedzińcom. Odtwarzają detale zagubione w szarości PRL-u. Budynek oddycha głębiej, jakby ktoś zdjął mu ciężar z piersi.

Ale czy to jeszcze ten sam budynek? Czy statek Tezeusza, w którym wymieniono wszystkie deski, jest wciąż statkiem Tezeusza? Czy Renoma z nowymi płytkami, odtworzonymi detalami, zmienionym wnętrzem – jest wciąż tym samym gmachem, który Dernburg ukończył w 1930 roku?

A może to nie ma znaczenia. Może liczy się tylko to, że stoi. Że trwa. Że złoto wciąż migocze w słońcu, a kamienne głowy wciąż patrzą na ulicę.

Przechodzę Świdnicką w listopadowy wieczór.

Renoma świeci ciepłym światłem z wnętrza. W oknach odbijają się tramwaje, ludzie, migające reklamy. Podnoszę głowę i próbuję dostrzec te ceramiczne płytki pokryte prawdziwym złotem.

I myślę o wszystkich, którzy tu stali przede mną. O eleganckich damach z lat trzydziestych, które wychodziły z eleganckimi pudełkami przewiązanymi wstążką. O żołnierzach z 1945 roku, którzy patrzyli na płonącą fasadę. O mojej babci, która przyjechała ze Wschodu i tutaj – w Pedecie – kupiła swoją pierwszą powojenną sukienkę. O tych, których już nie ma i których imion nikt nie pamięta.

Budynek pamięta. Za nas wszystkich.

Stoję i patrzę, jak złoto łapie ostatnie promienie zachodzącego słońca.

I przez chwilę – przez jedną, ulotną chwilę – wydaje mi się, że słyszę echo wszystkich głosów, które kiedykolwiek rozbrzmiewały pod tymi świetlikami. Niemieckich, polskich, ukraińskich, żydowskich. Głosów dzieci pytających o zabawki. Głosów zakochanych umawiających się na kawę. Głosów tych, którzy żegnali się na zawsze, nie wiedząc, że to ostatnie spotkanie.

Wszystkie te głosy, wchłonięte przez stalowy szkielet i ceramiczne płytki. Zapisane w złocie, które nie kłamie.

Renoma stoi. Miasta upadają i powstają, granice się przesuwają, języki się zmieniają – a ona stoi.

I będzie stać i migotać w słońcu kiedy nas już dawno nie będzie. Dostosowując się do nowej rzeczywistości I pamiętając.

Żelazny Szkielet Wrocławia: Techniczna Historia Domu Towarowego Wertheim (Renoma)


Wrocławski dom towarowy Renoma to nie tylko ikona stylu modernistycznego, ale przede wszystkim triumf inżynierii przełomu lat 20. i 30. XX wieku. Podczas gdy większość ówczesnych budynków opierała się na tradycyjnych murach, projekt Hermanna Dernburga wprowadził do stolicy Dolnego Śląska amerykański rozmach i nowoczesną technologię stalową.

Inżynieryjne serce projektu: Stalowy szkielet
To, co widzieliśmy na zdjęciach z placu budowy z lat 1928–1929, to jeden z najnowocześniejszych w tamtym czasie szkieletów stalowych w Europie Środkowej. Zastosowanie tej technologii było podyktowane kilkoma kluczowymi czynnikami:

Szybkość montażu: Prefabrykowane elementy stalowe pozwalały na wznoszenie kolejnych kondygnacji w tempie niemal niespotykanym przy tradycyjnych metodach.

Wolny plan (Open Plan): Dzięki temu, że ciężar budynku spoczywał na smukłych stalowych słupach, a nie na ścianach, inżynierowie mogli wyeliminować wewnętrzne przegrody. Pozwoliło to na stworzenie ogromnych, nieprzerwanych przestrzeni handlowych o powierzchni tysięcy metrów kwadratowych.

Transparentność: Stalowa konstrukcja umożliwiła niemal całkowite „wycięcie” ścian zewnętrznych i zastąpienie ich ciągłymi pasmami okien, co stało się znakiem rozpoznawczym obiektu.

Szkielet budowy Renomy, Wertheim-Breslau

Elewacja i detale: Gdzie inżynieria spotyka sztukę
Elewacja Renomy to majstersztyk, który musiał pogodzić sztywność konstrukcji z estetyką luksusu. Kluczowym elementem były gzymsy i ceramika.

Horyzontalna dynamika: Dernburg celowo podkreślił linie poziome. Zaokrąglone narożniki budynku nie są tylko zabiegiem stylistycznym – wymagają one niezwykłej precyzji w gięciu elementów stalowych i dopasowaniu ceramicznych okładzin.

Złoto i światło: Płytki ceramiczne, produkowane w zakładach Villeroy & Boch, były pokrywane tlenkami metali, w tym prawdziwym złotem. Miało to cel praktyczny: budynek miał być widoczny i „świecić” nawet w pochmurne dni, przyciągając klientów z odległych części placu Cechu (dzisiejszy plac Kościuszki).

Budowa (Renomy) Wertheim 1927

Rzeźbiarski detal: Wspomniane głowy kupców i podróżników na elewacji były montowane bezpośrednio do stalowej konstrukcji wsporczej, co pozwalało na zachowanie ich idealnego wyrównania wzdłuż całego budynku.

Czas próby: Dlaczego budynek przetrwał?
Podczas oblężenia Festung Breslau w 1945 roku, Renoma stała się celem intensywnych bombardowań i ostrzału. Tradycyjne kamienice wokół niej obracały się w gruzy, gdy ich drewniane stropy płonęły i zapadały się do środka.

Renoma przetrwała dzięki swojej stalowej naturze. Mimo że wnętrza zostały wypalone, a szklane tafle okien przestały istnieć, stalowy szkielet nie uległ deformacji. Konstrukcja zachowała swoją sztywność, co umożliwiło Polakom po 1945 roku stosunkowo szybką odbudowę obiektu. To właśnie ta „żelazna odporność” pozwoliła na otwarcie Powszechnego Domu Towarowego (PDT) już trzy lata po wojnie.

Dziedzictwo i współczesność
Współczesna rewitalizacja Renomy (zarówno ta z 2009, jak i ostatnia z 2023 roku) opierała się na szacunku do tego inżynieryjnego fundamentu. Nowe skrzydło budynku zostało zaprojektowane tak, by nie tylko wizualnie naśladować stare, ale by kontynuować logikę stalowej konstrukcji, która 100 lat temu zrewolucjonizowała wrocławski rynek budowlany.

Dziś Renoma to nie tylko miejsce zakupów, ale żywe muzeum inżynierii, gdzie za złotą ceramiką wciąż kryje się ten sam potężny, stalowy szkielet, który powstał w 1927 r..

Lubię ten budynek. Ma coś w sobie. Jakąś taką klasę, rozmach i styl. Afiszuje swoją nowoczesność i wyraźnie odcina się od reszty budynków swoją opływową linią.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *