Pomnik Ofiar Stalinizmu

Pewnego dnia jechałem na rowerze przez plac Czysty. Nie myślałem o niczym szczególnym. Może o tym, że znów zapomnę skręcić, gdzie trzeba. Może o tym, że wieczorem trzeba coś zjeść. Normalne myśli, jakie masz, gdy jeździsz po mieście. I wtedy zobaczyłem jakiegoś typa przy pomniku. Mazał coś po nim. Nie zastanawiałem się długo. Zjechałem ze ścieżki rowerowej przez trawnik, gwałtownie hamując. Rower jeszcze nie wyhamował do końca, a ja już z niego zeskoczyłem. Wkurzony podbiegłem do gościa, krzycząc: „Ej ty! Odejdź k… od tego pomnika!” I dopadłem odwracającego się do mnie wandala.

I wtedy zobaczyłem przestraszonego starszego człowieka w marynarce, ze szmatą w ręce. Nie podnosił głosu. Zaczął się tłumaczyć, że on chciał tylko trochę go oczyścić. Popatrzyłem na szmatę w jego ręce. Na otwarty schowek z detergentami. I zrobiło mi się głupio. Tak bardzo głupio. Tak poznałem Pana Leszka Skonkę. I dopiero później zrozumiałem, kogo właściwie spotkałem. To on był inicjatorem budowy tego pomnika. Założyciel i przewodniczący Komitetu Pamięci Ofiar Stalinizmu w Polsce. Od września 1989 roku był opiekunem pomnika. Sam z własnych funduszy go utrzymywał. Bez wsparcia miasta. I przychodził tu regularnie. Ścierał brud, kurz, napisy. Nie chciał, żeby to miejsce zostało zapomniane. Żeby te cienie znów zniknęły.

Plac Czysty, na tyłach Renomy, u zbiegu Świdnickiej i Podwala. Tuż przy Promenadzie Staromiejskiej, przy fosie. To miejsce, przez które przechodzę często. I mijam ten pomnik. I nie zawsze go dostrzegam. Ale dziś widzę. Może dlatego, że poznałem Pana Leszka. Może dlatego, że zrozumiałem, że pamięć to nie coś, co się po prostu dzieje. To coś, o co trzeba walczyć. Co trzeba czyścić, chronić, pilnować.

Pomnik Ofiar Stalinizmu. Pięć granitowych płyt. Kiedy po raz pierwszy naprawdę je spostrzegłem – nie wtedy, gdy mijałem go setki razy, ale wtedy, gdy spotkałem Pana Leszka – zobaczyłem ludzi. Nie kamień, nie bloki ale Ludzi. Cienie tych, którzy zniknęli. Którzy zostali zniszczeni przez system, który nie zostawiał śladów. Który wymazywał ludzi z pamięci.

Są lekko pochylone. I zastanawiam się – czy to upadek? Czy marsz? Może jedno i drugie. Może idziesz, a już wiesz, że upadniesz. Że nie wrócisz. Że ta droga prowadzi tylko w jedną stronę – w ciemność, w nieznane, do miejsc, których nazwy są wykute na nowym krzyżu. Katyń, Kozielsk, Ostaszków, Starobielski oraz Kijów i Mińsk. Miednoje. Ale czy to wystarczy? Czy nazwa miejsca wystarczy, żeby zrozumieć, co tam się stało? Czy ktokolwiek, kto tam nie był, może to zrozumieć?

A na zwieńczeniu płyt – korona z drutu kolczastego. Nie na głowie. Bo gdzie jest ta głowa? Nie ma jej. Jest tylko metal, zimny, ostry, który leży na kamiennej sylwetce, jakby sam w sobie był wystarczającym symbolem. I może właśnie o to chodziło. Że nie potrzeba twarzy. Że każdy może sobie wyobrazić swoją twarz. Twarz ojca, dziadka, przyjaciela. Kogoś, kto nie wrócił. Kto zniknął w tym systemie terroru, który zamieniał ludzi w liczby, w dokumenty „likwidacji”, w bezimienne groby.

Pomnik Ofiar Stalinizmu Pl. Czysty

Drut kolczasty. Tortura. Zniewolenie. Ból, który nie da się wyrazić słowami. Tylko metalem. Kamieniem. Tym chłodnym, szorstkim granitem, który jest jednocześnie twardy i kruchy. Bo jeśli coś się stanie, jeśli rdza przegryzie metal, jeśli kamień pęknie – kto to naprawi? Kto będzie pamiętał, jak to naprawić? Pan Leszek już nie przyjdzie z detergentem i szmatą. A kto przyjdzie po nim?

Na płytach wykuto nazwy miejsc kaźni. Katyń. Charków. Miednoje. Daty symbolizujące stalinowski terror. I zastanawiam się – ilu ludzi to czyta? Ilu naprawdę staje i patrzy? Czy większość, jak ja przez lata, po prostu mija? Idzie dalej, bo ma swoje sprawy, bo spieszy się, bo nie chce myśleć o tym, co było?

17 września 1989 roku. W 50. rocznicę agresji ZSRR na Polskę. Moment przełomowy. Czas transformacji ustrojowej, kiedy można było już otwarcie mówić o zbrodniach stalinowskich. Kiedy wreszcie wolno było pamiętać. Projekt Tadeusza Tellosa. Surowy, nowoczesny. I głęboko symboliczny.

Ale to, co działo się przed 1989, jest jeszcze bardziej poruszające. Bo wtedy pamięć była zakazana. Wtedy każda próba upamiętnienia była buntem. I była brutalnie tłumiona.

Zanim powstał obecny pomnik, środowiska opozycyjne i rodziny ofiar – Związek Sybiraków, działacze Solidarności – chciały postawić w tym miejscu krzyż. Skromny, drewniany krzyż. Symbol pamięci. To było jeszcze w latach 80. Jeszcze przed oficjalnym pozwoleniem na budowę pomnika. Postawili go tu. Na placu Czystym. I krzyż był solą w oku Służby Bezpieczeństwa.

Kilkakrotnie był usuwany przez „nieznanych sprawców”. W cudzysłowie. Bo oczywiście wiedziano, kto to robi. Wiedziano, że to nie przypadkowi wandale, tylko zlecenie. I wtedy, w nocy, krzyż został wyrwany. I wrzucony do pobliskiej Fosy Miejskiej.

Wyobrażam sobie tę scenę. Ciemna noc. Kilku ludzi w cywilu, może w milicyjnych ubraniach, którzy wyrywają drewniany krzyż z ziemi. Niosą go przez plac. I wrzucają do wody. Jakby to mogło zatrzeć pamięć. Jakby to mogło sprawić, że ludzie zapomną. Że przestaną pytać. Że przestaną pamiętać o tych, którzy zniknęli w stalinowskich mrokach.

Miało to być upokorzenie dla środowisk patriotycznych. Sygnał, że władza nie pozwoli na „stalinowskie pamiątki” w centrum miasta. Że kto rządzi, ten decyduje, co wolno pamiętać.

Ale mieszkańcy Wrocławia i działacze Solidarności wyłowili krzyż z wody. Oczyścili go. I postawili ponownie. I pilnowali go w ramach społecznych dyżurów. Stali przy nim. Dzień i noc. Żeby go nie zabrali. Żeby nie zniknął. Żeby pamięć nie zniknęła.

I to właśnie te wydarzenia przyspieszyły decyzję o budowie stałego, granitowego pomnika. Którego nie dałoby się tak łatwo zniszczyć. Którego nie da się wrzucić do fosy. Który zostanie.

Wybór placu Czystego nie był przypadkowy. Niedaleko, przy ulicy Podwale, znajdowały się budynki milicji i służb bezpieczeństwa. W latach 40. i 50. więziono i przesłuchiwano tam polskich patriotów. To był system terroru, który działał tuż obok, w normalnym mieście, w normalnych budynkach. I ludzie wiedzieli. Albo się domyślali. Albo bali się wiedzieć.

I teraz tu stoi pomnik. Na reprezentacyjnym punkcie, przy jednej z głównych arterii miasta – przy Świdnickiej. To miało przywrócić pamięć o ofiarach do przestrzeni publicznej, z której była wymazywana przez pół wieku. To miało powiedzieć: już nigdy więcej. Już nigdy nie będziemy milczeć.

Ale czy naprawdę nie milczymy? Czy naprawdę pamiętamy? Bo ja przez lata mijałem ten pomnik i nie myślałem o tym, co znaczy. Nie myślałem o krzyżu, który wrzucono do fosy. O ludziach, którzy stali na dyżurach, żeby go pilnować. O tym, ile to kosztowało. Ile strachu, ile odwagi.

I teraz myślę o Panu Leszku. O tym, jak przyjechałem na rowerze, jak na niego nakrzyczałem. Jak myślałem, że jest wandalem. A on po prostu przyszedł tu, jak pewnie przychodzi regularnie, żeby oczyścić ten pomnik. Żeby cienie nie zniknęły pod warstwą brudu. Żeby pamięć nie zatarła się.

Pomnik Ofiar Stalinizmu to nie tylko rzeźba. To zwycięstwo pamięci nad przemocą. To hołd dla tych, których system próbował zmienić w „bezimienne cienie”. Ale oni nie są bezimienni. Ich nazwiska są wykute na płytach. Ich sylwetki stoją tu, na placu. I są ludzie jak Pan Leszek, którzy dbają o to, żeby to miejsce żyło.

Stoję tu teraz i patrzę na te granitowe postacie. Lekko pochylone, jakby w marszu. W marszu dokąd? Do Katynia? Do Charkowa? Do Miednoje? Do miejsc, z których już nie wrócili? Czy może w marszu do nas, do teraźniejszości, żeby nam przypomnieć, że pamięć to nie jest coś danego. Że to jest obowiązek. Że to jest wybór.

I myślę o tym krzyżu, który wyłowiono z fosy. O tym, że ktoś musiał go wyłowić. Że ktoś musiał się schylić nad brudną wodą, wyciągnąć mokre, ciężkie drewno, oczyścić je, i postawić z powrotem. I że tamci ludzie wiedzieli, że może znów go zabiorą. Że może znów wrzucą. Ale postawili. Bo to było ważniejsze niż strach.

Odchodzę. Rower stoi oparty o drzewo. Pan Leszek już dawno skończył czyszczenie i poszedł. Plac znów jest pusty, jak zawsze. Ludzie przechodzą, spiesząc się do Renomy, na Świdnicką, gdzieś dalej. I pomnik stoi. Cienie stoją. I czekają. Na kogoś, kto się zatrzyma. Kto popatrzy. Kto zapyta – dlaczego? Kto to byli? Co im zrobiono?

I może ktoś się zatrzyma. Może ktoś przeczyta te nazwy. Katyń. Charków. Miednoje. I może zrozumie, że to nie są tylko słowa. Że to są ludzie. Którzy zniknęli. Których system próbował wymazać. Ale nie udało się. Bo są tu. W granicie. W pamięci. W geście Pana Leszka, który przychodzi tu ze szmatą i detergentem.

I ja też będę pamiętać. Obiecuję sobie, że następnym razem, gdy będę przejeżdżał obok, zatrzymam się. Zejdę z roweru. Podejdę. Popatrzę. Przeczytam. I nie będę milczeć.

Bo pamięć to nie jest coś, co się po prostu dzieje. To jest walka. Codziennie. O to, żeby cienie nie zniknęły. Żeby nie zostały znów wrzucone do fosy. Żeby zostały. Tutaj. Na placu Czystym. Które nigdy nie było czyste. I może dlatego właśnie tak się nazywa – żeby nam przypomnieć, że prawda zawsze wyjdzie na jaw. Że pamięć zawsze znajdzie sposób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *