lizz_wright

Lizz Wright. Kapłanka zmysłów w świetle reflektorów.

Kolejny, udany koncert w ramach „Etho Jazz Festival’u”. Klimatyczny i gorący bo dla Wrocławian zaśpiewała Lizz Wright. Lizz od pierwszych sekund hipnotyzowała i czarowała nas swoim ciepłym, głębokim głosem, który doskonale współgrał z potężnymi i miekkimi basami jakie serwowali nam towarzyszacy jej muzycy. Było trochę soul’owo i gospel’owo. Trochę country 🙂 i trochę blusa.

Wiedziałem, że w żyłach czarnoskórych artystek płynie rytm, którego my możemy się tylko uczyć, ale to, co zrobiła Lizz, wykraczało poza taniec. Ona nie tańczyła – ona płynęła. Poruszała się z tak magnetyczną, zniewalającą siłą, a jednocześnie z taką oszczędną, kocią gracją, że oderwanie od niej wzroku graniczyło z niemożliwością.

Miała na sobie suknię utkaną chyba z samej światłości – jasną, delikatną materię, która opinała ciało niczym druga skóra, nie pozostawiając wyobraźni żadnego marginesu błędu. Pisałem wcześniej o magnetyzmie i nie cofam tych słów. Była to siła tak potężna, pierwotna i gęsta, że zdawała się fizycznie oddziaływać na otoczenie. Gdyby w sali znajdowały się opiłki żelaza, Lizz ustawiłaby je w pionie jednym ruchem biodra. Emanowała erotyzmem tak niezwykłym, tak naturalnym, że choć odrobinę utrudniało to skupienie się na samej muzyce, nikt nie śmiałby na to narzekać. To było piękne rozproszenie.

Zatopiony w miękkim, wygodnym fotelu z zagłówkiem, poddałem się temu całkowicie. Zanurzałem się w tym słodkim zjawisku, chłonąc jej głos – obezwładniający, głęboki, seksowny w swojej pewności siebie. Był to głos spokojny, szczery aż do bólu, pozbawiony fałszu i ukrytych znaczeń. Głos ponętnej kobiety, która skupiała na sobie całą uwagę sali, kołysząc biodrami w rytm własnej duszy.

Odpływałem powoli… dryfując w nierealny świat kolorów, ciepła i dźwięków. Czas przestał istnieć, a właściwie skurczył się niemiłosiernie. Ten stan mógłby – i powinien – trwać pięćdziesiąt godzin dłużej.

Ta niezwykła wrażliwość Lizz Wright ma swoje korzenie w gorącym słońcu południa. Artystka pochodzi z małego miasteczka Hahira w stanie Georgia, gdzie pierwsze lekcje muzyki odbierała w chórze swojego ojca, pastora. To tam, między kościelnymi ławkami, uczyła się, że dźwięk to coś więcej niż nuty – to modlitwa i emocja. Przez całe dzieciństwo i młodość jej głos dojrzewał w zespołach wokalnych, zdobywając uznanie i nagrody, by w końcu rozkwitnąć w pełni.

We Wrocławiu promowała swój najnowszy, czwarty album „Fellowship”. I choć kojarzona jest ze smooth-jazzem i gospel, tego wieczoru była po prostu ucieleśnieniem muzyki – zmysłowej, duchowej i nieziemsko pięknej.

Organizatorem „Ethno Jazz Festival” (ethnojazz.pl) i koncertu Lizz Wright jest Stowarzyszenie Wspierania Inicjatyw Kulturalnych Nasze Miasto Wrocław (wrockfest.pl).

Zapraszam do obejrzenia zdjęć (kursorami „lewo” i „prawo” można przełączać fotografie):

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *