Kiedy skrzypce opowiadały o tęsknocie
Przyszedłem przygotowany na ortodoksję – na surowe, zamknięte w sobie melodie, które trzymają dystans jak ludzie zbyt często ranieni. Myliłem się. Trio The Saints zagrało tak, jak oddycha się po długim zanurzeniu – dynamicznie, swobodnie, z tą bezwstydną radością ludzi, którzy odnaleźli w muzyce swój dom.
Skusiły mnie instrumenty. Skrzypce, których mógłbym słuchać godzinami, pozwalając, by prowadziły mnie przez krajobrazy, których nigdy nie widziałem. Akordeon – mój ukochany, tangowy towarzysz, noszący w mieszku całe spektrum ludzkiego westchnienia. I kontrabas – ten łagodny olbrzym o miękkim, aksamitnym basie, który nie gra, lecz mruczy jak zadowolony kot.
Nici melodii w arkadach czasu
Donośna pieśń skrzypiec wznosiła się ku sklepieniom Synagogi, snując złote nici dźwięku między arkadami. Akordeon podtrzymywał harmonię jak troskliwa dłoń, a kontrabas łagodził wszystko mięciutkimi drżeniami – jakby ktoś głaskał muzykę po grzbiecie, uspokajając ją przed kolejnym wybuchem emocji.
Słuchałem z fascynacją dziecka, które po raz pierwszy odkrywa, że świat ma głębię. Separowałem instrumenty jak klejnoty w dłoni – każdy osobno, każdy piękny inaczej. W skrzypcach słyszałem niepokój. W akordeonie – smutek, który nie szuka pocieszenia, bo wie, że jest częścią życia. W kontrabasie – tęsknotę tak cichą, że trzeba było zamknąć oczy, by ją usłyszeć.
Było tam pragnienie. Niespełnione. Bliżej nieokreślone. A jednak rozpoznawalne natychmiast – bo każdy z nas nosi w sobie tę samą nutę. Muzycychwytali za serce bez pytania o pozwolenie. Wydobywali z instrumentów wszystko, co te miały do oddania. I nagle kultura żydowska – którą wyobrażałem sobie jako hermetyczną, zamkniętą za murem tradycji – otworzyła się jak księga pisana w języku, który zna każda dusza.
Panowie zaprezentowali własne kompozycje i interpretacje melodii żydowskich z Europy. Grali muzykę shtetli i gett, ale tchnęli w nią oddech współczesności. Dziękuję za tę chwilę zapomnienia – za ucieczkę od deszczowej, melancholijnej rzeczywistości w deszczową, melancholijną muzykę, która paradoksalnie leczy.
The Saints to kolejny rodzimy zespół, w którym słyszę świat. Niekonwencjonalny repertuar, światowy poziom i ten rzadki dar – autentyczność.
Synagoga, która pamięta
Cykl koncertów Hawdalowych rozrywa wrocławską monotonię muzyki poważnej jak promień światła przebijający chmury. Te kameralne wieczory zaskakują i obezwładniają.
A akustyka Synagogi pod Białym Bocianem? Rewelacyjna. Brak pogłosu, tak charakterystycznego dla chrześcijańskich katedr, sprawia, że dźwięk nie zlewa się w jednostajną mgłę. Każdy instrument słychać osobno – wyraźny, czysty, bliski. Siedzisz w sali, która mogłaby być balową komnatą Titanica, i muzyka dociera do ciebie bez pośredników, bez echa, bez zafałszowań.
Odrestaurowana Synagoga staje się bijącym sercem Dzielnicy Wzajemnego Szacunku Czterech Wyznań. Jej kształtne łuki, balkony wznoszące się ku światłu i niesamowita przestrzeń budzą cichą radość – i podziw dla ludzi, którzy mieli wiarę i siłę, by przywrócić świetność miejscu, które historia próbowała wymazać.
Ten obiekt to rodzynkek. Cenny, cierpki, słodki zarazem. Przypomina o tym, czym Wrocław był – miastem wielu języków, wielu modlitw, wielu melodii. I o tym, czym może być znowu.
Tej nocy skrzypce opowiadały o tęsknocie. A Synagoga słuchała – tak, jak słuchała od stu pięćdziesięciu lat.
Koncert Hawdalowy w Centrum Kultury i Edukacji Żydowskiej
Synagoga pod Białym Bocianem.
The Saints:
Grzegorz Lenart – akordeon,
Antoni Kulka-Sobkowicz – skrzypce,
Karol Pacholec – kontrabas.
sobota 25 września 2010 r.
godz. 19.48
Organizatorem koncertu jest Fundacja ProArte (www.proarte.org.pl).
Zapraszam do obejrzenia zdjęć (kursorami „lewo” i „prawo” można przełączać fotografie):