Wrocław to nie jest po prostu kolejna kropka na mapie Polski. To stan umysłu. Kiedy słyszysz hasło „Wrocław – miasto spotkań”, możesz pomyśleć: „Okej, kolejny chwytliwy slogan”. Ale mylisz się! To historia o tym, jak kompleksy zamienić w atut, a trudną historię w największą imprezę w tej części Europy.
Wszystko zaczęło się w magicznym i trudnym 1997 roku (tak, tym od powodzi). I uwaga – tego hasła nie wymyślił żaden „mad man” z agencji reklamowej za grube miliony. Te słowa padły z ust Jana Pawła II. Papież, patrząc na to wielokulturowe miasto, nazwał je „miastem, które jednoczy”. Władze, na czele z ówczesnym

prezydentem Bogdanem Zdrojewskim, wykazały się, co prawda refleksem szachisty ale jednak.. Zrozumieli, że dostali od losu prezent: gotowy pomysł. Tak narodziło się „The meeting place”. Pomysł był genialny w swojej prostocie. Wrocław miał problem z tożsamością: trochę niemiecki Breslau, trochę lwowskie sentymenty, trochę PRL-owska szarość. Strategia marketingowa z 1998 roku zrobiła z tej mieszanki największą zaletę. Zamiast ukrywać swoją skomplikowaną przeszłość, Wrocław powiedział światu: „Hej, jesteśmy tyglem! U nas spotyka się Wschód z Zachodem, historia z nowoczesnością”.

To było jak otwarcie okien w dusznym pokoju.
Czy to tylko „ściema”? Spójrzcie na wrocławski Rynek w ciepły, letni wieczór! To tam bije serce tego hasła. Tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 nie spadł z nieba – był efektem lat budowania marki otwartej i tolerancyjnej.
Wrocław stał się magnesem. Przyciągnął korporacje, tysiące studentów i artystów. To tu krasnale wychodzą spod ziemi, by zaczepiać turystów, a mosty łączą nie tylko brzegi Odry, ale i ludzi. Dziś Wrocław nie musi już udawać. On po prostu JEST miejscem, gdzie krzyżują się drogi, spojrzenia i kufle. I ta energia jest absolutnie nie do podrobienia.

Zdjęcia: